03 | 09 | 2010
polski | english
Szukaj
Artykuł 73 Konstytucji RP: Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury
Sprawa tygodnia

Teatr Ósmego Dnia
na dywaniku u władz Poznania


 ALT: i/loga/teatr8dnia_male.jpg

Kronika Wypadków Cenzorskich w polskiej sztuce po 1989 r.

ALT: i/kronika_cenzury/1_kronika_kozyra.jpeg

Katarzyna Kozyra Więzy Krwi, Otwarta Galeria AMS

Ponad 90 udokumentowanych przypadków interwencji cenzorskich, donosów, nacisków i gróźb od początku lat 90. po dzień dzisiejszy.

Czytaj więcej w Kronice Cenzury



Inicjatywę Indeks 73 wspiera KulturaMiejska w Gdańsku
KulturaMiejska
dzięki dofinansowaniu Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu „Działania Strażnicze”

ALT: i/loga/batory.png

Projekt edukacyjny
Laboratorium Indeksu 73 zrealizowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

ALT: i/loga/logo_mkidn.jpg
 


Niniejszy portal powstał w 2008 roku dzięki pomocy finansowej Unii Europejskiej, w ramach programu "Podnoszenie świadomości społecznej i wzmocnienie rzecznictwa oraz działań monitorujących organizacji pozarządowych". Za treść tego dokumentu odpowiada
Kultura Miejska, poglądy w nim wyrażone nie odzwierciedlają w żadnym razie oficjalnego stanowiska
Unii Europejskiej.

ALT: i/loga/eu.gif

ALT: i/loga/ffw.jpg

 
Aktualności
Drukuj | Pobierz w pdf | Poleć znajomemu
2009-11-02 | Majewska: Jak działa cenzura w Obiegu? Po męsku i bez pardonu


ALT: i/ewa_m_wsd.jpg
30 października otrzymaliśmy list od Ewy Majewskiej o działaniach cenzorskich Jakuba Banasiaka i Adama Mazura w „Obiegu”. Tekst jest pogłębioną analizą zdarzeń wokół odmowy publikacji tekstu Ewy Majewskiej "Ponowoczesna kontrola w społeczeństwie obrazu. Na marginesie wystawy Jacqueline Livingston" w internetowym wydaniu „Obiegu”. Efektem sporu była decyzja Adama Mazura o zakończeniu współpracy z Ewą Majewską. Donos ujawnia niedemokratyczne mechanizmy podejmowania decyzji i zarządzania w „Obiegu”. Jest kolejnym głosem w debacie o konieczności reformy instytucji kulturalnych w Polsce.

Wydawcą magazynu „Obieg” jest Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. „Obieg” to największa publiczna platforma debaty o sztuce współczesnej w Polsce. Sprawa Ewy Majewskiej nie jest tylko jej wewnętrznym sporem z redaktorami magazynu. Ma szerszy kontekst debaty o zasadach demokratycznego współdecydowania o decyzjach programowych i ideowych publicznych zespołów twórczych. Ostatnio jesteśmy świadkami wielu podobnie kontrowersyjnych spraw, jak choćby zwolnienia Ryszarda Ziarkiewicza z Muzeum w Koszalinie czy niejasności wokół obsady dyrektorskich stanowisk w krakowskich instytucjach kultury.



Ewa Majewska

Jak działa cenzura w Obiegu? Po męsku i bez pardonu



Choć od ponad stu lat powszechnie wiadomo, że „nie ma faktów, są tylko interpretacje”, czasem mamy do czynienia z przypadkami łamania elementarnych praw, w tym – choćby tych gwarantowanych w artykule 73 polskiej Konstytucji, który mówi: „Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”. W takich sytuacjach dobrze jest móc odwołać się do przebiegu zdarzeń, a przede wszystkim – móc przedstawić je potencjalnym obrońcom i adwersarzom. W pewnych sytuacjach ta praktyka odbywa się w sądzie, niemniej – w kontekście relacji międzyludzkich, a czasem – także zawodowych, można tego typu rekonstrukcję wykonać bez chodzenia do instytucji i bez implikowania „zbrodni i kary”. Można starać się odpowiedzieć na postawione przez Michela Foucault w „Trzeba bronić społeczeństwa” pytanie o to „jak?” działa kontrola. Poniższa relacja będzie próbą odpowiedzi na tak postawione pytanie, próbą rekonstrukcji, ale również wskazania reperkusji (na różnych poziomach) podjętych przez bohaterów zdarzeń.

Jak każda rekonstrukcja przypadku cenzorskiego, również ta jest długa i nudna, przynajmniej dla osób, które – tak jak ja – mają żywy temperament, i zaliczają się do pokolenia wychowanego na „Pulp Fiction”. Niemniej – społeczne funkcjonowanie kontroli publikacji jest procesem złożonym, wobec czego jego rekonstrukcja powinna może zachowywać przynajmniej cień podobieństwa do samego zdarzenia.

Jednym z tematów, które mnie szczególnie interesują w kontekście opisanych poniżej zdarzeń, jest relacja między jednostką a instytucją publiczną, która zarazem jest i nie jest taką instytucją, gdyż, o ile dobrze rozumiem, część środków i część zadań jest w jej ramach realizowana przez stowarzyszenie bądź fundację. Chodzi oczywiście o relację między czasopismem „Obieg”, które nadal jest organem CSW Zamek Ujazdowski, czyli instytucji publicznej, utrzymywanej ze środków z budżetu, na który wszyscy się w pocie czoła składamy, a czymś, co zmyślnie nazwano „40 000 malarzy”, i czego status prawny jest dla mnie nieznany, a relacja wobec „Obiegu” wysoce enigmatyczna.

Interesuje mnie również analiza tego, czym jest praca w redakcji czasopisma kulturalnego, czy istnieją tu możliwości budowania standardów oraz w jakim stopniu i w jaki sposób ten, kto organizuje środki na pismo jest władcą absolutnym procesów decyzyjnych odnoszących się do pisma przynajmniej w części finansowanego ze środków publicznych, a z pewnością – afiliowanego przez poważną publiczną instytucję.

Last but not least – interesuje mnie również, jak daleko można się posunąć w dyskusji z autorem. Czy oskarżając mnie o wspieranie przestępców seksualnych, ludzi krzywdzących i gwałcących dzieci, i na serio sugerując, że takie właśnie (dodam: pozbawione podstaw) oskarżenia zostaną opublikowane równolegle, w tym samym czasie z moim artykułem, redaktor nie dopuścił się nadużycia, nie postawił mnie w sytuacji, którą można porównać do agambenowskiego „stanu wyjątkowego”? W sytuacji, gdy zamiast rozmowy z autorką od razu buduje się szantaż w postaci „napiszemy ripostę, w której zrobimy z Ciebie pedofilkę, i opublikujemy razem z Twoim artykułem” pojawia się posmak tego, co w kontekście relacji obywatel-władza Agamben nazywa „bezpośrednią konfrontacją z władzą wykonawczą, bez pośrednictwa prawa”.

Tyle wstępu, przejdźmy do rekonstrukcji zdarzeń – chciałabym przedstawić je w punktach, nie cytując mojej korespondencji z poszczególnymi członkami/członkiniami redakcji pisma „Obieg”. Dla ułatwienia dodam, że osobami, które w moim przekonaniu odpowiadają za moje poczucie krzywdy i chyba obiektywną krzywdę (zostałam z hukiem, bez żadnego podziękowania ani pożegnania wyrzucona z grona współpracowników „Obiegu”, nie wycofano oskarżeń, które pod moim adresem sformułował Jakub Banasiak, całą odpowiedzialność za konflikt zrzucono na mnie) są Kuba Banasiak i Adam Mazur, przy czym ten drugi próbował ostatnio nawiązać ze mną kontakt, tłumaczyć się z tego, co się stało i w pewnym sensie – przeprosić, niemniej – ten „pewien sens” przeprosin również budzi moje wątpliwości, choć jestem otwarta na dalszą komunikację, a nawet – dojście do porozumienia. Uważam jednak, że byłoby szkodą dla wszystkich zainteresowanych, gdyby sytuacja, w jakiej się znalazłam, przeszła bez echa. Uważam, że wszyscy musimy czasem „przejrzeć się” w oczach osób trzecich, zobaczyć, jak nasze działania mogą być interpretowane i przeżywane oraz uczyć się z takich lekcji, wyciągać wnioski na przyszłość.

W kwietniu 2009 roku do Polski przyjechała amerykańska fotografka Jacqueline Livingston. Jej zainteresowania od lat oscylują wokół feministycznie rozumianej tematyki rodziny i intymności. Od lat 60. fotografuje siebie i swoją rodzinę, jest też zwolenniczką nudyzmu i nagości, zaprojektowała kilka plaż nudystów, z rodziną stara się jak najczęściej przebywać w domu nago, uczestniczyć w wydarzeniach w których ludzie uczestniczą nago etc. Jej prace pokazują w związku z tym często sytuacje intymne – bliskości, nagości i ciała, zresztą – gdańska wystawa jest tego najlepszym potwierdzeniem. W drugiej połowie lat 70., na fali walki z pornografią, która przetoczyła się podówczas w USA, Livingston stała się ofiarą medialnej i sądowej nagonki w związku z tym, że w ramach jednej z wystaw pokazała fotografię swojego 7-letniego syna, który bawi się swoim penisem, nago. Prezentacja tej fotografii skończyła się dla artystki wyrzuceniem z pracy w Uniwersytecie Cornell w USA (w ramach procesu sądowego, który wraz z innymi kobietami wyrzuconymi z pracy wytoczyła temu uniwersytetowi, ustalono ugodę – artystka dostała odszkodowanie, ale nie przywrócono jej do pracy), procesem o pedofilię (wygranym) oraz procesem o prawa rodzicielskie (wygranym). Artystka po tym skandalu wycofała się ze sceny artystycznej, przeprowadziła na Hawaje i dopiero od niedawna ponownie działa artystycznie. Syn artystki – dziś dorosły mężczyzna, nigdy nie zgłosił pretensji wobec działań matki, pozostaje z nią w bliskich stosunkach i wspiera jej projekty.

Zostałam przez kuratorki gdańskiej wystawy prac Jacqueline Livingston zaproszona do wygłoszenia wykładu w ramach sesji towarzyszącej wystawie. Przeredagowany tekst mojego wystąpienia, uzupełniony o informacje o polskim stanie prawnym dotyczącym reprezentacji seksualności dziecięcej, zgłosiłam Adamowi Mazurowi, redaktorowi czasopisma „Obieg”, którego do niedawna byłam współpracowniczką (od 2004 roku). Miało to miejsce w sierpniu 2009. Nie wiem skądinąd, czy jest on redaktorem naczelnym pisma, czy nie, i nie mam pojęcia, jak wygląda „Obiegowa” hierarchia.

Mój tekst można, dzięki uprzejmości Izy Kowalczyk i Edyty Zierkiewicz, przeczytać w internetowym czasopiśmie „Artmix”, wydawanym na stronie czasopisma „Obieg”. Dodam od razu, że pierwsza reakcja Adama Mazura i Kuby Banasiaka na publikację mojego tekstu w „Artmixie” było żądanie usunięcia tej publikacji.

Gdzieś na początku września Adam Mazur zgłosił się do mnie z pilną prośbą o ilustracje do artykułu. Wybrałam zdjęcia, uzyskałam od artystki zgodę na ich publikację na stronie internetowej „Obiegu” i przesłałam do redakcji. Było wśród nich zdjęcie, które stało się przyczyną skandalu wokół Livingston, nie pokazane na wystawie w Gdańsku.

Potem była cisza, więc na przełomie września i października 2009 roku zapytałam redakcję „Obiegu” o to, kiedy ukaże się mój artykuł. Odezwał się do mnie Kuba Banasiak z dość dziwnymi propozycjami redakcyjnymi (zwracam uwagę na to, że Kuba Banasiak nie jest ekspertem w zakresie historii sztuki, co sam często przyznaje, teorii filozoficznych, co podkreśla jako swój wyróżnik, feminizmu, czego nie podkreśla, bo feminizmem gardzi, ani seksualności dziecięcej. Nie posiada również doświadczeń w komunikacji i pracy redakcyjnej, czego nasza interakcja jest dobrym przykładem.

Kuba Banasiak zaproponował takie poprawki do mojego tekstu, które stały na bakier z językiem polskim i logiką, nie miały też merytorycznego uzasadnienia. Może 10% jego sugestii miało w moim przekonaniu jakikolwiek sens. Potem przez parę dni była cisza, więc odezwałam się do Banasiaka telefonicznie. Ten w pierwszych zdaniach swojego listu zapytał: „A czy w razie czego masz możliwość opublikowania tego w innym miejscu?”. Podkreślił też, że jest konserwatystą, i uważa, że mój tekst idzie za daleko. Zadzwoniłam do Ewy Tatar, również w redakcji „Obiegu”, z pytaniem o to, czy wszyscy zdrowi, oraz czy ma jakieś konkretne informacje odnośnie stosunku redakcji do tego tekstu. Ewa powiedziała, że się zapozna z tekstem, i da znać oraz poparła moją potrzebę feedbacku ze strony redakcji.

Potem napisałam tekst do redakcji pisma, w którym wskazałam na niewłaściwy charakter i ton rozmowy Banasiaka ze mną. Ten odpowiedział swoją „recenzją” mojego tekstu, która była swego rodzaju patroszeniem tekstu „A la Banasiak” - wyciąganiem fragmentów z kontekstu i dorabianiem do nich ideologii nie zawartej w oryginale. To właśnie na tym etapie pojawiły się stwierdzenia, że „wspieram ludzi, którzy krzywdzą dzieci”, „przestępców seksualnych”, ludzi używających wobec dzieci przemocy. Na tę „recenzję” bardzo przytomnie zareagowała Ewa Tatar uświadamiając Banasiakowi, że jako osoba od 10 lat działająca na rzecz praw mniejszości, kobiet i dziewcząt, trenerka, autorka materiałów dla nauczycieli o przeciwdziałaniu napastowaniu seksualnemu młodzieży oraz raportu o przemocy domowej wobec kobiet dla Amnesty International Polska, raczej nie mogę być podejrzewana o tego typu sympatie, jak te insynuowane przez Banasiaka, i że to, co na pierwszy rzut oka może wyglądać na poparcie różnych rzeczy może przy dokładniejszym oglądzie okazać się krytyką tych postaw, może nawet bardziej skuteczną, niż krytyki instytucjonalne.

Banasiak odpowiedział na to, że mu nie straszny doktorat Majewskiej, jej wiedza, doświadczenie i lata pracy na polu tematyki, którą podejmuje w tekście, i że będzie bronił swojego konserwatyzmu jak niepodległości, no bo co, kurczę blade. Zaznaczył również, że zamierza nie dopuścić do publikacji mojego tekstu bez równolegle zamieszczonego komentarza odredakcyjnego, który oczywiście byłby jego własnym komentarzem nie uzgodnionym zapewne z resztą redakcji.

Moja reakcja na to chamskie zachowanie była dwuetapowa. W pierwszym odruchu po prostu zwróciłam reszcie redakcji uwagę, że oczywiście Banasiak może bronić nieprofesjonalizmu jako strategii wydawniczej, niemniej – ja jako członkini zespołu współpracowników tej redakcji mam chyba prawo podzielić się moją opinią na ten temat. Zapytałam wprost, czy jest sens w narażaniu jeszcze stosunkowo dobrego imienia pisma „Obieg” na konsekwencje takiej strategii, jaką proponuje Banasiak (w całej Polsce jest przynajmniej 15 osób, które miały podobny konflikt z Banasiakiem, jak ja, w tym – w samej redakcji „Obiegu” są trzy osoby (3 na 5!), które twierdzą, że on je wyprowadza z równowagi praktycznie przy każdej interakcji.

W drugim ruchu dopuściłam do siebie emocje. Poczułam, co właściwie Banasiak mi oznajmił przy innych osobach i jak bardzo jest to dla mnie bolesne. Poczułam, jak to jest być oskarżaną o wspieranie tego, z czym się od 10 lat, często w „czynie społecznym” - nieodpłatnie i bez żadnej gratyfikacji, walczy.

Przypomniałam sobie te wszystkie osoby, którym pomagałam wyjść z traumy wynikającej z doznanej w dzieciństwie przemocy seksualnej. Te wszystkie nauczycielki, trenerki i psycholożki (kilkaset osób z całej Polski), które wspierałam w tworzeniu strategii przeciwdziałania nadużyciom seksualnym na dziewczętach i chłopcach. Moją pracę nad raportem o przemocy seksualnej wobec kobiet dla Amnesty International, krótki – ale treściwy – staż w Fundacji „La Strada” - przeciwdziałającej handlowi kobietami; pracę w bibliotece feministycznej Fundacji „Ośka”, gdzie czytelniczki dzieliły się ze mną wcale nie koniecznie wiedzą o lekturach, ale również doświadczeniami traumy, niezliczone warsztaty o przemocy seksualnej dla kobiet, moje dyżury naukowe na uniwersytecie, gdzie udzielałam porad molestowanym studentkom, zajęcia na filozofii i gender studies, gdzie wspierałam osoby odsłaniające własne doświadczenia przemocy, wreszcie – lekcje w gimnazjach, podczas których uczyłyśmy dziewczęta, jak przeciwstawiać się molestowaniu seksualnemu i przemocy. Przypomniała mi się również praca dla Pełnomocnika Rządu RP do spraw Równego Statusu, mój pisany przez 6 lat i broniony wbrew wydziałowi doktorat, którego znaczna część jest krytyką przemocy.... córka sąsiadów, którą ochroniłam przed biciem, no – cały barwny kalejdoskop wspomnień tego, co robiłam, robię, i – SORRY, BANASIAK! - dalej będę robić dla tego, żeby każda dziewczynka i każda kobieta, czuła się bezpiecznie i nie była nadużywana. Płaczę, jak piszę te słowa.

Wszystkie te doświadczenia zostały nagle łatwym gestem postawione pod znakiem zapytania przez kolesia, który twierdzi „nie znam się na tym, ale mam swoje zdanie”. Zaproponowałam Banasiakowi, żeby mnie przeprosił za to, co bezczelnie insynuował. Napisałam też, że w świetle polskiego prawa mój tekst nie łamie przepisów kodeksu karnego, natomiast jeśli Banasiak opublikuje swój tekst, będzie to zniesławienie.

W swoim ograniczeniu Banasiak odebrał tę suchą informację jako straszenie sądem, i oczywiście zaczął bronić swojej wolności publikacji. Nie ważne, że chwilę wcześniej chciał zabronić mi publikacji – teraz był bojownikiem o wolność. No, a potem do głosu Banasiaka dołączył Adam Mazur. Wyglądało to następująco:

„Czy Ewa przegina? nie, jedzie po bandzie, jak dla mnie oznacza to koniec dalszej współpracy”.

Więc ja, nie wierząc własnym oczom, zapytałam: czy żartujesz? Adam napisał, że nie.

Potem zapytałam, czy Iza Kowalczyk nie chciałaby mojego tekstu opublikować w „Artmixie” piśmie wydawanym na stronie internetowej „Obiegu”. Iza powiedziała, że z rozkoszą, i tak się stało. Jak wspominałam wyżej, pierwszą reakcją Mazura było żądanie wycofania mojego tekstu. Dziewczyny powiedziały, że tego nie zrobią.

Potem zgłosiłam problem do żeńskiej części Indeksu73, uznając, że na kolejne „macho pogo”nie mam siły (w Indeksie73 jest paru ojców, i bałam się – może przedwcześnie, i bardzo przepraszam za ten brak zaufania do kolegów:), że zostanę znowu obrzucona błotem). Poprosiłam o feedback, wsparcie i sugestię, co z tym zrobić dalej. W ramach tego powstał list otwarty, nad którego publikacją jeszcze się zastanawiamy, choć dla mnie sprawa jest jasna – nie mam nic do stracenia, a jest szansa, że może to doprowadzi chłopców z redakcji „Obiegu” (słowo „panowie” odnosi się do dorosłych) do jakiegoś przejrzenia na oczy.

Najprawdopodobniej wieść o tym, że nie zamierzam pozwolić umrzeć sprawie dotarła do Adama Mazura, który napisał do mnie przedziwny list, swoistą „Declaration of sentiments”, tylko tym razem wcale nie w obronie praw kobiet, tylko w obronie własnej osoby. Z szacunku dla prywatności korespondencji nie będę przytaczać fragmentów, niemniej – chciałabym jasno i wyraźnie zaznaczyć – choć doceniam wolę wyjścia mi naprzeciw i ugodowego zamknięcia tej sprawy, i jestem na ugodowe działanie otwarta, nie akceptuję zamiatania problemów pod dywan.

Istnieją tylko interpretacje, jednak – jak twierdzi Umberto Eco, a ja mu ufam, bo z wyglądu nieco przypomina mojego bardzo porządnego ojca – są interpretacje lepsze i gorsze, są też takie, które można ocenić jako bardzo złe. I uważam, że choć dobrze się stało, że Adam Mazur oprzytomniał, i może jest szansa na to, żebyśmy się porozumieli po tym, co się stało, co dla mnie jest par excellence przypadkiem cenzury, bardzo bolesnym doświadczeniem pomówienia, oskarżania o rozmaite rzeczy, wobec których jestem od wielu lat aktywnie krytyczna etc.

W swoim liście Adam Mazur nie odnosi się do kwestii mojego funkcjonowania w ramach „Obiegu” (rozumiem, że po tych „przeprosinach” nadal nie jestem częścią współpracowników pisma?), nie proponuje też publikacji tekstu na „Obiegu” - czyli najprawdopodobniej podtrzymuje swoją cenzurę.

Dla mnie ta sprawa wymaga przede wszystkim odsłonięcia. Jak pisze Mintcheva, „dziś głównym zadaniem cenzury jest ukrycie cenzora”. Nie możemy do tego dopuścić, nawet, jeśli zależy nam – tak jak mi – na tym, żeby się porozumiewać, negocjować, podejmować współprace i przede wszystkim – nie krzywdzić. Jeśli jednak doszło do krzywdy – ja mam poczucie krzywdy i każdy, kto zapoznał się z tą sytuacją potwierdzał zasadność moich roszczeń – dążenie do konsensu powinno uwzględniać nie tylko potrzeby sprawcy, ale również – ofiary danej sytuacji. Proponuję więc – ujawnijmy tę sprawę, przejrzyjmy się w opiniach „opinii publicznej” i dopiero wtedy przejdźmy do przepraszania się.

Na zakończenie dodam, że cały konflikt rozegrał się tuż przed moim wyjazdem do USA. Było to pod wieloma względami symboliczne – ot, Polska żegna to, czego najbardziej nie lubi – profesjonalizm, szczerość i feminizm, a zaprasza – nieprofesjonalizm, obrażalstwo i konserwatyzm. Z Bogiem, moi drodzy!


Zapraszamy do rozmowy na forum:
http://forum.indeks73.pl/index.php?topic=58.0






Przypadki naruszeń
wolności artystycznej zgłoś na
Forum Indeksu 73
Zapraszamy do dyskusji!

Subskrybuj Aktualności Indeks73 RSS
Aktualności Indeks73



ALT: i/loga/znak_indeks_lab_rgb_maly.jpg

Dołącz do Indeksu 73 na:

-
Facebook'u
-
YouTube




Creative Commons Polska

ALT: i/loga/wk178x64.jpg

Blog Izy Kowalczyk Straszna Sztuka

ALT: i/loga/baner_rita.jpg

spam.art.pl

e-teatr.tv

NCAC - National Coalition Against Censorship

Internation Freedom of Expression eXchange

ALT: i/loga/freemuse.jpg

Portal Organizacji Strażniczych 'Watchdog'

ALT: i/loga/neuro_baner.gif

ALT: i/loga/minaret_jpg_m.jpg


 
Creative Commons License | O Indeksie 73| Kontakt

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.
Redakcja Portalu Indeks 73 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii wyrażonych przez czytelników w komentarzach i na forum.
design by studio Świerszcze, engine: abacus.pl