07 | 02 | 2012
polski | english
Szukaj
Artykuł 73 Konstytucji RP: Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury
Sprawa tygodnia

Artysta Krzysztof Kuszej oskarżony o szerzenie pedofilii
  ALT: i/cudowny_obraz_matki_boskiej_z_jeleniej_gory.jpg

Kronika Wypadków Cenzorskich w polskiej sztuce po 1989 r.

ALT: i/kronika_cenzury/1_kronika_kozyra.jpeg

Katarzyna Kozyra Więzy Krwi, Otwarta Galeria AMS

Ponad 90 udokumentowanych przypadków interwencji cenzorskich, donosów, nacisków i gróźb od początku lat 90. po dzień dzisiejszy.

Czytaj więcej w Kronice Cenzury



Inicjatywę Indeks 73 wspiera KulturaMiejska w Gdańsku
KulturaMiejska
Projekt edukacyjny
Laboratorium Indeksu 73 zrealizowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

ALT: i/loga/logo_mkidn.jpg
 


Niniejszy portal powstał w 2008 roku dzięki pomocy finansowej Unii Europejskiej, w ramach programu "Podnoszenie świadomości społecznej i wzmocnienie rzecznictwa oraz działań monitorujących organizacji pozarządowych". Za treść tego dokumentu odpowiada
Kultura Miejska, poglądy w nim wyrażone nie odzwierciedlają w żadnym razie oficjalnego stanowiska
Unii Europejskiej.

ALT: i/loga/eu.gif

ALT: i/loga/ffw.jpg

 
Media o nas > 2008
Drukuj | Pobierz w pdf | Poleć znajomemu
2009-01-20 | Media o Indeksie 73 - rok 2008

ALT: i/wyborcza.bmp
„Indeks 73 – Kultura też ma swoje prawa”

Jarosław Lipszyc
Gazeta Wyborcza
, 22.02.2008


Spektakl "Disney Live! Kubuś Puchatek" to dowód, że nowy rodzaj cenzury opartej na przymusie ekonomicznym i monopolu prawa autorskiego stał się realnym problemem. Twórcy mają tego dość - inicjatywa Indeks 73, wspierana m.in. przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, zamierza walczyć z próbami grodzenia kultury.

Spektakl Disneya wystawiany będzie tylko przez kilka dni na początku marca. To wielkie wydarzenie, które podobnie jak wielkie koncerty rockowe promowane jest oszałamiającymi liczbami: setki świateł i mikrofonów, dekoracje ważące wiele ton itd. Bilety oczywiście też kosztują majątek. - Dla wielu dzieci to będzie pierwsze teatralne doświadczenie, które na pewno odegra ogromną rolę w ich późniejszym życiu - powiedział Kenneth Feld, producent spektaklu. Skąd ta pewność siebie? To proste: spektakl "Disney Live" jest pierwszym od 2000 roku spektaklem, w którym można obejrzeć Kubusia Puchatka. Innych po prostu wystawiać nie wolno.

Dwa lata temu na łamach „Życia Warszawy” Tomasz Piątek mówił: „Z »Chatki Puchatka « nauczyłem się, że można być patologicznie łakomym idiotą, a mimo to dobrym poetą, można być piskliwym tchórzem, a mimo to dobrym przyjacielem, można być wrzeszczącym mitomanem, a mimo to superzabawowym kolesiem idealnym na imprezę, można być zaaferowanym ważniakiem i jakoś z tym żyć, można być jęczącym malkontentem nie do wytrzymania i żyć z tym śpiewająco. Gdybym czytał disnejowskie książeczki o Puchatku, wiedziałbym tylko, że Królik to gnój i intrygant, Tygrys to gnój i cham, Puchatek i Prosiaczek to typowa para homoseksualistów, z których jeden ma nadwagę, a drugi ciągle się boi, że dostanie w ryj".

Płaska i intelektualnie tandetna interpretacja klasycznych utworów Milne'a jest teraz jedyną obowiązującą. W roku 2000 ZAIKS przestał wydawać polskim teatrom zgody na wystawianie prozy Milne'a. Niezależne interpretacje przestały istnieć, z desek zdjęto 12 (!) spektakli. Ofiarą tej decyzji padło m.in. legendarne wystawienie Piotra Cieplaka "Kubuś P." z Teatru Studio, w swoim czasie uznane za wydarzenie sezonu. Nie była to kwestia finansowa. Praw nie można było uzyskać za żadne pieniądze, bo monopol na wystawianie "Puchatka" uzyskała firma Disneya i wykorzystała go do całkowitego zglajchszaltowania wizerunku Kubusia i reszty bohaterów ze Stumilowego Lasu. Oczywiście, menedżerowie Disneya nie walczyli z Piotrem Cieplakiem osobiście. Po prostu dokonali aktu globalnej urawniłowki, bo z wyliczeń wyszło im, że w ten sposób zarobią więcej.

W obronie "Puchatka" wytoczono ciężkie działa. "Mimo likwidacji Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk w 1989 roku w Polsce nadal dochodzi do ograniczania swobód obywatelskich w zakresie wolności wyrażania poglądów i twórczości artystycznej. Zmieniła się forma: miejsce oficjalnej cenzury prewencyjnej zajęła nieoficjalna cenzura represyjna, posługująca się naciskiem ekonomicznym, prawnym lub administracyjnym do tłumienia, zatrzymywania lub eliminowania tych dzieł sztuki i wypowiedzi, które nie są zgodne z ideologią polityczną, normami obyczajowymi, doktrynami religijnymi bądź polityką korporacyjną" - piszą twórcy Indeksu 73, nowej inicjatywy, w którą zaangażowany jest m.in. Robert Rumas, Roman Pawłowski i stowarzyszenie Kultura Miejska.

Nazwa Indeks 73 pochodzi od numeru artykułu polskiej konstytucji: "Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury". To nie tylko nasze prawo obywatelskie. Wolność korzystania z dóbr kultury jest także prawem człowieka zapisanym w Powszechnej Deklaracji: "Każdy człowiek ma prawo do swobodnego uczestniczenia w życiu kulturalnym swojej społeczności, do korzystania ze zdobyczy kultury, do uczestniczenia w postępie nauki i do korzystania z jej dobrodziejstw".

Wyzierające zza tych słów złość i oburzenie są całkowicie zrozumiałe. Nie chodzi tu przecież tylko o "Kubusia Puchatka". Za tym jaskrawym przykładem skrywają się setki i tysiące większych i mniejszych strat, jakie ponosi kultura w związku ze sposobem realizowania monopolu prawnoautorskiego.

Od niedawna dziecięce zespoły mają zakaz śpiewania wierszy księdza Twardowskiego. Nie było z tym problemu, gdy poeta żył. „1 września 2005 roku, w niedzielne przedpołudnie, Zespół »Ychtis « ostatni raz bawił Dziadziunia tańcem i śpiewem, prezentując najnowsze piosenki ze spektaklu »Niebo w dobrym humorze «. Wzruszeń i radości nie sposób opisać - na zawsze pozostaną w naszej pamięci. A na pamiątkę spotkania dzieci dostały od Księdza czekoladowe biedronki i z całego serca podziękowanie za wspólne spotkanie upamiętnione wpisem do Kroniki zespołu. Był to, jak się potem okazało, ostatni uśmiech Dziadziusia" - czytamy na stronie internetowej grupy. Listu, jaki zespół dopiero co otrzymał od prawników Aleksandry Iwanowskiej, posiadaczki praw autorskich do dzieł zmarłego poety, na stronie nie znajdziemy, a jest on przykrym kontrapunktem dla tego pięknego wspomnienia. Młodzież dowiedziała się bowiem, że jeśli nie przestanie śpiewać utworów Twardowskiego, to... zajmie się nimi prokuratura.

Sprawa spotkała się z ostrą reakcją. List protestacyjny podpisało 95 osób. - Czy ktokolwiek może zawłaszczyć dorobek poetycki księdza, który stał się naszą narodową własnością? - mówił abp Życiński. - Żądanie pieniędzy za wykonywanie utworów ks. Jana jest głęboko niemoralne i ubliża jego pamięci. [...] Pani Iwanowska miała zasługi w edycji wierszy. Przed laty wiele wydawnictw naciągało ks. Jana, drukując jego teksty i informując, że dopłacili do druku, i pani Iwanowska rzeczywiście uporządkowała wiele z tych spraw. Ale kiedy dowiaduję się, że dziecięce zespoły kultywujące pamięć ks. Jana będą musiały jej za to płacić, i kiedy czytam bezduszne teksty nadesłane przez prawnika do tych zespołów, jestem głęboko wzburzony. To naruszenie tych zasad, które głosił ks. Jan. Próba zawłaszczenia poezji ks. Jana jest przedsięwzięciem nieetycznym.

Jak na razie większość takich protestów ma charakter doraźny. Zapewne pani Iwanowska wycofa się teraz ze swoich żądań, ale nie zmieni to w żaden sposób istoty sprawy - jej żądania powstały na podstawie konkretnych przepisów prawnych, i przepisy te nadal obowiązują. Nie jest możliwa realna ochrona rozwoju kultury, jeśli realizowana jest w trybie doraźnych interwencji, na dodatek opartych wyłącznie na odwołaniu się do poczucia przyzwoitości winnego. Jeśli nasze prawo jest niemoralne, to trzeba zmienić prawo.

Być może rozwiązaniem będzie uznanie, że niekomercyjne wykorzystanie utworów jest bezpłatne i nie wymaga zgody posiadaczy praw majątkowych. To skutecznie pozwoli na eliminację cenzorskich zabiegów, w żaden sposób nie naruszając przy tym zasady, iż uzyskanym dochodem należy się podzielić z twórcą. To nie rozwiąże jednak problemu teatrów, które muszą pobierać opłaty za bilety.

Dlatego twórcy Indeksu 73 proponują rezygnację z samej zasady monopolu: "Polskie teatry powinny mieć prawo to korzystania z licencji na wystawianie utworów Milne'a na ogólnie przyjętych zasadach. Wielka literatura powinna być obecna na scenach w sposób stały i różnorodny. Leży to w interesie artystów i publiczności. Nie chcemy odbierać koncernowi Walt Disney Company jego dochodów, chcemy tylko, aby podzielił się wartością, której nie sposób przeliczyć na pieniądze - dziedzictwem światowej kultury".

Choć brzmi to niemal jak rewolucja, to rewolucją nie jest - poprzez z góry ustalone stawki rozliczają się np. radia. Rozwiązania już są, potrzeba tylko woli do ich wprowadzenia. Kultura czeka.

*Jarosław Lipszyc - członek zarządu Internet Society Poland, koordynator projektu Wolne Podręczniki, poeta, redaktor i publicysta związany z "Krytyką Polityczną"


ALT: i/wyborcza.bmp
„Uwolnić Kubusia Puchatka!”
Roman Pawłowski
Gazeta Wyborcza, 01.03.2008


Spektakl "Disney Live! Kubuś Puchatek", który w ramach światowego tournée przyjechał w tym tygodniu do Polski, reklamowany jest jako "oryginalne widowisko spod znaku Disneya". Z oryginałem, to znaczy z książkami Aleksandra A. Milne'a disnejowski Puchatek ma jednak tyle wspólnego, co McDonald z domowym obiadem.

Miłośnicy Misia o Bardzo Małym Rozumku biją na alarm: coraz mniej dzieci zna oryginalną wersję bajki o mieszkańcach Stumilowego Lasu, napisaną w latach 20. przez brytyjskiego pisarza Aleksandra A. Milne'a. Książki "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka" przesłoniła całkowicie wersja filmowa opracowana przez rysowników i scenarzystów koncernu Walta Disneya, który od blisko 50 lat dysponuje wyłącznymi prawami do filmowych ekranizacji książek Milne'a.

Kubuś XXL

Na pozór obie wersje - literacka i filmowa - są podobne, zgadzają się imiona bohaterów i miejsce akcji - Stumilowy Las. Puchatek w obu wersjach uwielbia miód, Tygrysek lubi brykać, Prosiaczek jest zalękniony, a Sowa - przemądrzała. Wystarczy jednak rzut oka na nieśmiertelne czarno-białe ilustracje Ernesta H. Sheparda do bajek Milne'a, aby zrozumieć, że podobny to znaczy nie taki sam.

W rękach magików Disneya wzorowany na pluszowej zabawce miś o potarganym futrze wytartym od ciągania po schodach zmienił się pomarańczową, tryskającą optymizmem opasłą figurę. Co prawda Disney posiada również w ofercie tzw. wersję klasyczną (Classic Pooh), przypominającą oryginalnego misia, ale to ulepszony Puchatek, ubrany w czerwony T-shirt, zdobi okładki książek, występuje w filmach i grach komputerowych.

- Puchatek Sheparda nigdy się nie uśmiecha. To miś myślący - zwraca uwagę prof. Christie Davis, socjolog z Uniwersytetu w Readings i znawca twórczości wielkiego ilustratora. - Puchatek Disneya nic nie robi, tylko cały czas się śmieje. Śmieje się nieszczerym śmiechem teleewangelisty, który próbuje nam sprzedać pachnącą, mydlaną wersję Pana Boga. Tak musiał się uśmiechać sam Disney, kiedy donosił na swoich kolegów z Hollywood do FBI.

Być może Davis przesadza, wypominając Disneyowi niechlubny udział w polowaniu na komunistyczne czarownice pod koniec lat 40. Niewątpliwie jednak ma rację, twierdząc, że wykreowany w studiach filmowych niedźwiedź stracił cały nostalgiczny czar. W nowym wcieleniu Puchatek nie jest już posiadaczem Małego Rozumku, ale Ogromnego Brzucha, który sterczy spod przykrótkiego T-shirtu niczym symbol wysokiego poziomu konsumpcji i dobrobytu w Stumilowym Lesie. Krytycy szydzą, że Disney musiał chyba dokarmiać Puchatka smalcem, bo niedźwiedź nie mógł tak utyć na samym miodzie.

Podobną metamorfozę przeszli pozostali bohaterowie - są lepiej odżywioną, bardziej kolorową i zadowoloną z siebie wersją niepozornych, skromnych pluszaków Krzysia, eksponowanych dzisiaj w jednej z bibliotek w Nowym Jorku. Kłapouchy, który w książce cierpi na pesymizm i depresję, u Disneya jest uśmiechnięty i zadowolony, jakby zamiast trawy żarł prozac. Prosiaczek nie ma napadów panicznego strachu, stawia czoło niebezpieczeństwu niczym Rambo. Nawet Sowa sprawia wrażenie lepiej wykształconej, jakby otarła się przynajmniej o Harvard.

Biznes w Stumilowym Lesie

Metamorfoza Puchatka i jego przyjaciół jest konsekwencją ich nowej roli - bohaterowie kameralnej bajki, którą Milne napisał dla swego małego syna Krzysia, zostali w drugiej połowie XX wieku gwiazdami globalnego show-biznesu. Można powiedzieć, że z amatorstwa przeszli na zawodowstwo. Mają się podobać jak największej liczbie kupujących, stąd cukierkowe kolory i przylepiony do pysków uśmiech.

Puchatek to dzisiaj najbardziej zapracowany niedźwiedź na planecie - przynosi Disneyowi co roku 1 mld dol. To więcej niż Myszka Mickey, Kaczor Donald, pies Pluto i Goofy razem wzięci. Gros tych dochodów to opłaty licencyjne. Nie ma chyba produktu, na którym Disney nie umieścił podobizny mieszkańców Stumilowego Lasu - są na dziecięcych ubrankach i plastrach na rany. Najbardziej groteskowy produkt to sprzedawana w polskich sklepach wieprzowa szynka dla dzieci Przysmak Tygryska. Na opakowaniu widać roześmianego Tygryska i Puchatka, brakuje natomiast Prosiaczka, co rodzi podejrzenie graniczące z pewnością, że to właśnie z niego wyprodukowano zawartość.

Disney w podobny sposób eksploatuje wszystkich swoich bohaterów, od Króla Lwa do Pocahontas. Upraszcza i prymitywizuje literackie oryginały, takie jak "Dzwonnik z katedry Notre Dame" czy "Księga dżungli". W przypadku Puchatka mamy jednak do czynienia z przemyślaną strategią budowania produktu. Jednym z jej elementów jest amerykanizacja bajki. W pierwszym filmie Disneya z 1966 r. Krzyś mówił z akcentem ze Środkowego Zachodu, a w Stumilowym Lesie pojawił się nowy mieszkaniec: Gopher, gryzoń charakterystyczny dla Ameryki Północnej.

Scenarzyści początkowo przenosili na ekran pierwotną fabułę, później jednak zaczęli wymyślać nowe historie osadzone w rzeczywistości USA. I tak w jednym z filmów Kubuś i przyjaciele obchodzili amerykańskie Święto Dziękczynienia, w innym Krzyś jechał przez las charakterystycznym żółtym autobusem dowożącym amerykańskie dzieci do szkoły.

Ale szczytem bezczelności było usunięcie z nowej serii wyprodukowanej w zeszłym roku dla Disney Channel postaci, bez której cała ta historia nigdy by nie powstała - Krzysia. Zastąpiła go energiczna sześcioletnia chłopczyca imieniem Darby, posiadaczka rudej czupryny, psa Bustera i różowego skutera (!). I raczej nie chodziło o równouprawnienie płci, bardziej o zdobycie nowych klientów wśród dziewczynek, co w języku marketingu nazywa się "odnowieniem brandu".

Brytyjczycy przywiązani do oryginalnej wersji Puchatka żartują, że następnym krokiem będzie zastąpienie Prosiaczka wiewiórką. To świetny sposób na zdobycie klientów w krajach muzułmańskich, gdzie nierogacizna uchodzi za nieczystą.

Blokada na scenie

Kreatywna działalność Disneya nie byłaby możliwa bez kontrolowania praw autorskich do książek Milne'a. Koncern Disneya zdobywał je stopniowo - najpierw w 1961 r. przejął prawa do ich ekranizacji i handlu produktami z Puchatkiem na terenie USA i Kanady. W 2001 r. dokupił od spadkobierców Milne'a pozostałe prawa, obejmujące m.in. adaptacje teatralne. Zapłacił za nie 340 mln dol. - sumę śmiesznie niską, jeśli zestawić ją z miliardowymi obrotami, jakie rocznie generuje Puchatek. To właśnie wtedy z repertuaru polskich teatrów znikły wszystkie spektakle oparte na książkach Milne'a, w sumie 12 inscenizacji, Disney zablokował bowiem udzielanie teatralnych licencji.

Ofiarą blokady padła m.in. jedna z najciekawszych adaptacji Milne'a, jakie kiedykolwiek powstały - "Kubuś P." w reżyserii Piotra Cieplaka z warszawskiego Teatru Studio, w którym mieszkańców Stumilowego Lasu przedstawiono jako ludzi dorosłych, borykających się z codziennymi problemami: strachem, depresją, samotnością. Nie była to inscenizacja kanoniczna (co podkreślał skrócony tytuł), zachowała jednak klimat i mądrość książek Milne'a. Co najważniejsze, nie powstała z chęci zysku, ale z potrzeby artystycznego dialogu z jedną z najważniejszych XX-wiecznych książek dla dzieci. Ten dialog po 2001 r. został przerwany.

Uwolnić Kubusia!

Dzisiaj Disney wykorzystuje pozycję monopolisty i narzuca wszystkim własną wersję Puchatka. Przykładem jest pokazywane na świecie od Nowej Zelandii po Pekin widowisko "Disney Live! Kubuś Puchatek". Bilety rozchodzą się wszędzie na pniu - nic dziwnego, to jedyna okazja, aby zobaczyć mieszkańców Stumilowego Lasu na żywo.

Bez zgody koncernu Puchatek i jego przyjaciele nie mogą zrobić jednego kroku. I tak będzie aż do roku 2021, kiedy teoretycznie wygasną prawa autorskie i Kubuś przejdzie do domeny publicznej. Teoretycznie, bo już dwa razy wydłużano okres ochrony - ostatnio z 75 do 95 lat od pierwszej publikacji utworu ("Kubuś Puchatek" ukazał się w wersji książkowej w 1926 r.).

Polscy fani Kubusia jednak się nie poddają. W związku z występami disnejowskiej rewii przygotowują szereg akcji. Poznański Teatr Animacji, który osiem lat temu stracił prawo do wystawiania "Puchatka", przygotowuje wystawę, na której przypomni swoje przedstawienie. Będzie można obejrzeć scenografię i fragmenty wideo. Z kolei grupa młodych artystów i studentów Performeria Warszawska działająca pod auspicjami Instytutu Teatralnego organizuje cykl działań w przestrzeni miasta pod hasłem "Uwolnić Puchatka". Będzie sondaż na temat znajomości oryginalnego Kubusia, happeningi z pluszakami i piknik artystyczny na ulicy Kubusia Puchatka w Warszawie. Twórcy chcą wystąpić do władz Warszawy o usunięcie z ulicy umieszczonego tam niedawno wizerunku disnejowskiego Puchatka i zastąpienie go tradycyjnym, z ilustracji Sheparda. Obie akcje wspiera grupa Indeks 73 - inicjatywa na rzecz wolności twórczej i walki z cenzurą.

Być może dzięki fanatycznym miłośnikom Puchatka prawdziwy duch Stumilowego Lasu nie zginie i kiedy niedźwiedź w końcu wyjdzie na wolność, będzie miał go kto przywitać.


ALT: i/wiadomosci_walbrzyskie.gif
„Rozmawiać, nie walczyć z widzem”
Nowe Wiadomości Wałbrzyskie




Bardzo ciekawa dyskusja o wolności w sztuce w wałbrzyskim teatrze. Szkoda, że nie wzięli w niej udziału ludzie, którzy zarzucają reżyserom pracującym w Szaniawskim obrażanie uczuć religijnych. Byli zaproszeni.

Debatę pod nazwą „ Wolny dostęp do kultury" wspólnie z teatrem przygotowała grupa „Indeks 73". Prowadzący rozmowę - publicysta Roman Pawłowski - podkreślał, że wybór Wałbrzycha nie jest przypadkowy. - Wydaje nam się, że rozmowa jest czymś o wiele lepszym niż próby interwencji czy wnioski składane do prokuratury - podkreślał. A tak było kilka miesięcy temu w Wałbrzychu. Środowiska katolickie zarzuciły teatrowi „ośmieszanie podstawowych wartości religijnych podczas sztuk teatralnych". Skierowali także list do marszałka województwa, w którym żądali wyciągnięcia konkretnych konsekwencji personalnych w tej sprawie. Wywiązała się krótka środowiskowa dyskusja, marszałek ostatecznie wziął w obronę szefostwo teatru.

Zgubny wpływ radnych?

Debata to pokłosie tych zawirowań. Teatr zaprosił na nie wszystkie strony konfliktu, także polityków i samorządowców. Niestety nikt ze strony protestujących na debacie się nie pojawił. A jak widać po jej przebiegu, problemów związanych z wolnością w sztuce - nie tylko w kontekście wałbrzyskiego teatru - nie brakuje. Gdzie jest granica wolności, której nie może złamać artysta? Czy jesteśmy świadkami cenzury obyczajowej? Czy podatnik ma prawo ingerować i żądać zmian w repertuarze publicznego teatru? Czy taka scena ma swoją misję? - Ta sytuacja składa się z trzech tematów - uważa pracujący u nas dramaturg Paweł Demirski. - Po pierwsze jak to jest, że radni mogą mieć wpływ na repertuar teatru. Po drugie, to głos publiczności, który w jakimś tam stopniu musimy brać po uwagę. Po trzecie to ton tych listów, język jaki jest w nich używany - dodaje. Delikatnie rzecz ujmując - nie jest to język zachęcający do dyskusji - tylko do odgórnych interwencji władz. - A często jest tak, że ludzie nie widzą spektaklu czy nie czytają książki przeciwko której protestują - zauważa Pawłowski.

Jakie wnioski można wyciągnąć z wałbrzyskiej debaty? Najważniejszy to taki, że publiczność - chodząc lub nie chodząc na wybrane sztuki - po prostu głosuje nogami. Zgodnie z własnym poczuciem estetyki czy gustu, wybiera repertuar, który chce oglądać. Dosadnie wyraził to jeden z uczestników panelu. - Przyjechałem tutaj rok temu. Nienawidziłem tego miasta, dopóki nie odkryłem wałbrzyskiego teatru. Co wtedy, kiedy oferta mu nie odpowiada? - Widz musi zrozumieć, że teatr to nie jest prawda objawiona. Nam zależy na wywoływaniu dyskusji, dyskusji z widzem. On może się z tym nie zgadzać, ale nie powinien z tym walczyć - podsumował zastępca dyrektora Szaniawskiego, Sebastian Majewski.


ALT: i/eteatr.bmp
„Wałbrzych. Dyskutowali o wolności w kulturze”
Roman Pawłowski
e-teatr.pl
, 04.06.2008


26 maja 2008 r. odbyła się w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu rozmowa o wolnej kulturze. Inicjatorem debaty byli przedstawiciele środowisk artystycznych i naukowych, działających jako nieformalna grupa INDEKS 73 na rzecz obrony konstytucyjnej wolności sztuki, badań naukowych oraz prawa do swobodnego dostępu do dóbr kultury (art.73 Konstytucji RP).

Bezpośrednim pretekstem do dyskusji, zorganizowanej 26 maja w Wałbrzychu były protesty środowisk prawicowych przeciwko niektórym spektaklom teatru, którym zarzucano atakowanie i ośmieszanie katolickich wartości religijnych. Chodziło o przedstawienia "Ja jestem zmartwychwstaniem" Przemysława Wojcieszka w reżyserii autora i "Balkon" Jeana Geneta w reżyserii Artura Tyszkiewicza. Protestujący nie ograniczyli się do wyrażenia opinii, ale w liście do marszałka województwa dolnośląskiego, któremu podlega teatr, zażądali "wyciągnięcia konsekwencji wobec osób za to odpowiedzialnych".

Moderator rozmowy Roman Pawłowski oraz Dyrekcja Teatru im. Szaniawskiego zaprosili do rozmowy o wolnej kulturze przedstawicieli środowisk artystycznych, w tym i radnych, którym nie podoba się repertuar miejscowego Teatru. Niestety, adwersarze nie stawili się na spotkaniu ponieważ wszyscy wyjechali na... pielgrzymkę do Rzymu

Nieobecność przeciwników wałbrzyskiego teatru na poniedziałkowym spotkaniu pokazała, że nie zależy im na prowadzeniu cywilizowanego sporu światopoglądowego, lecz na tłumieniu i wykluczaniu poglądów innych, niż te, które wydają się im wartościowe. Ich akcja przeciwko dyrekcji teatru zakończyła się fiaskiem: tuż przed spotkaniem do teatru dotarła odpowiedź Marszałka województwa dolnośląskiego na list protestacyjny katolików. Marszałek podtrzymał swoje poparcie dla teatru i jego dyrektorki Danuty Marosz, którą pochwalił za "wzorcowy model współpracy z twórcami".

Wobec nieobecności drugiej strony skupiliśmy się na skutkach, jakie dla wałbrzyskiego teatru może mieć cała afera. Uczestniczący w rozmowie artyści: dramaturg Paweł Demirski i reżyserka Monika Strzępka przyznali, że ataki na teatr odbierają im poczucie bezpieczeństwa, niezbędne do swobodnej pracy twórczej. - Nie wiemy, czy teraz podświadomie nie cenzurujemy siebie samych - powiedziała Monika Strzępka, która razem z Demirskim pracuje w Wałbrzychu nad nowym przedstawieniem "Diament to węgiel, który wziął się do pracy", satyrą na neoliberalne społeczeństwo wykorzystującą wątki z "Wujaszka Wani" Czechowa.

Dyrektorka Danuta Marosz ujawniła, że bezpośrednim skutkiem ataków na teatr była rezygnacja z wystawienia nowej sztuki Michała Walczaka "Człowiek z Bogiem w szafie". Teatr zwrócił się o dofinansowanie spektaklu do władz miasta, jednak pod naciskiem radnych PiS uchwała w tej sprawie nie stała się przedmiotem dyskusji obradach Rady Miasta. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że sztuka Walczaka zdobyła II nagrodę w konkursie na dramat inspirowany myślą Jana Pawła II, a patronat nad światową prapremierą objęło Centrum Myśli Jana Pawła II. W ten sposób na indeksie wałbrzyskich cenzorów obok Przemysława Wojcieszka i Jeana Geneta znalazł się kolejny pisarz - Karol Wojtyła.

Uczestnicy dyskusji zastanawiali się w kontekście ostatnich protestów, na czym polegać powinna misja publiczna teatru. Przypomnijmy, że środowiska katolickie chcą, aby teatr wystawiał klasykę i szkolne lektury, uczył młodzież "prawdy, dobra i piękna". W odpowiedzi na list katolików, dyrektor Marosz napisała, że to, co głosi teatr "nie może być - z natury - prawdą obiektywną, ani tym bardziej wskazywaniem jedynie słusznej drogi. Scena służy prezentacji pewnych - najczęściej skrajnie rozbieżnych - wizji świata, które można zaakceptować albo odrzucić".

Sebastian Majewski, zastępca szefa artystycznego teatru (który ma objąć dyrekcję po odchodzącym Piotrze Kruszczyńskim) był przeciwny formule misji publicznej teatru: - Misja jest czymś arbitralnym, dogmatycznym, teatr ma co najwyżej zadania w stosunku do społeczeństwa. Naszym zadaniem jest pokazać pewien obraz świata i wzbudzić w widzach dyskusję. Powinni rozumieć, że teatr nie jest prawdą objawioną. Majewski przekonywał, że ostatnie protesty przeciwko spektaklom wałbrzyskiego teatru mają niewiele wspólnego z rzeczywistym sporem światopoglądowym, biorą się raczej z niezrozumienia i odrzucenia nowej estetyki teatralnej. Dlatego, uważa Majewski, kluczowe jest prowadzenie z widzami dialogu, nie tylko na scenie ale też po spektaklach. - Musimy rozmawiać z publicznością o przedstawieniach, uczyć nowego języka i wyjaśniać, dlaczego zajmujemy się kontrowersyjnymi tematami.

Paweł Demirski opowiedział się przeciwko neoliberalnej koncepcji teatru na usługach podatnika, która pojawia się często jako argument za ograniczeniem wolności twórczej. Jednocześnie apelował, by nie lekceważyć widza. - Nie możemy robić teatru nie licząc się z publicznością. Ale nie powinniśmy schlebiać jej gustom. Warto zaznaczyć, że w ramach neoliberalnego zarządzania teatrami nie przewiduje się procesu publicznej debaty nad funkcjami i rolą sztuki, natomiast każdy ewentualny protest społeczny może zostać potraktowany jako pretekst do cięć budżetowych. Taka polityka kulturalna prowadzi w prostej linii do cenzury o podłożu ekonomicznym - do wycofywania z repertuarów teatralnych wszelkich działań artystycznych, które budzą kontrowersje.

Zdaniem Demirskiego oczekiwanie, że teatr zastąpi instytucje edukacyjne jest mitem. - Młodzież nie nauczy się niczego w teatrze, ani pozytywnego, ani negatywnego. Natomiast teatr jest na służbie społeczeństwa, powinien w związku z tym zajmować się sprawami publicznymi. Na tym polega jego misja.

Reprezentujący Indeks 73 Jacek Niegoda wskazywał na analogię pomiędzy wolnością twórczą i wolnością badań naukowych, gwarantowanymi przez ten sam art. 73 polskiej Konstytucji. - Sztuka to nie tylko edukacja, to także - podobnie jak w przypadku badań naukowych - prawo do eksperymentu na polu kultury. Działania wałbrzyskiej prawicy ograniczają to prawo- mówił Niegoda.

Dyskusję zakończyliśmy z nadzieją, że dzięki mądremu wsparciu Urzędu Marszałkowskiego z Wrocławia i akceptacji publiczności Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu będzie nadal pełnił swoją kulturotwórczą misję. Indeks 73 będzie pilnie przyglądać się sytuacji w Wałbrzychu i w razie powtórki z cenzury zaoferuje swoją pomoc i ochronę prawną.


ALT: i/jewish.bmp
„Wrocław. Żelazna wstęga budzi sprzeciw rabina Rapoporta”
jewish.org.pl, 30.06.2008


Rabin wrocławskiej Gminy Wyznaniowej Żydowskiej Icchak Chaim Rapoport zażądał usunięcia pracy Huberta Czerepoka z wystawy "Survival", otwartej w niedzielę we wrocławskiej Dzielnicy Tolerancji. Rabin zaprotestował przeciw żelaznej wstędze z napisem "Nie tylko dobro pochodzi z góry", która zawisła nad przejściem na podwórko synagogi Pod Białym Bocianem. Formą przypominała słynny napis "Arbeit macht frei" znad bramy wejściowej do obozu zagłady w Auschwitz.

Była jedną z blisko 50 prac pokazanych między ulicami św. Antoniego oraz Włodkowica w ramach 6. Przeglądu Młodej Sztuki w Ekstremalnych Warunkach - wystawy, której ideą jest prezentacja sztuki w przestrzeni publicznej.

Michał Bieniek, jeden za organizatorów "Survivalu": - Konsultowaliśmy zawieszenie wstęgi z firmą Wro-Dom, zarządcą budynku. Treść hasła była przedstawiona na radzie wspólnoty mieszkańców, w której jest również przedstawiciel gminy. Jednak pojawienie się pracy wywołało tak gwałtowną reakcję, że zdecydowaliśmy się ją zdemontować.

Icchak Chaim Rapoport, wrocławski rabin: - To nie był akt cenzury. Gmina nie znała wcześniej specyfiki instalacji, a jej kształt jednoznacznie przypominał zwieńczenie bramy obozu koncentracyjnego w Auschwitz. To moim zdaniem samo tłumaczy naszą decyzję.

Z rabinem próbowała rozmawiać Anna Kołodziejczyk, przygotowująca wystawę "Survival": - Rabin zarzucił nam antysemityzm. Pytał, czy chcemy wysłać kolejne dwa miliony Żydów do Auschwitz, bo jedynie z tym skojarzyła mu się forma pracy, nie zamierzał zgłębiać jej wymowy. Owszem, trudno odmówić Czerepokowi prowokacyjności. Chciał wzbudzić refleksję, wywołał jedynie gniew.

Twórcy Inicjatywy 73 napisali list otwarty w obronie artysty:

"[...]wyrażamy głębokie zaniepokojenie aktem cenzury, której przedmiotem stała się praca Huberta Czerepoka [...]. Wycofanie pracy Czerepoka na skutek interwencji Rabina Icchaka Chaima Rapoporta oraz Gminy Wyznaniowej Żydowskiej jest naruszeniem art. 73 Konstytucji RP, gwarantującego swobodę ekspresji artystycznej i dostępu do dóbr kultury. Uniemożliwia zapoznanie się z dziełem Czerepoka, a tym samym otwartą dyskusję na temat celu i wymowy pracy. [...] Jednocześnie apelujemy do wrocławskiej Gminy Żydowskiej o tolerancję dla wolności artystycznej i podjęcie dialogu z artystami i organizatorami Przeglądu Survival." - piszą w swoim liście.

Odpowiedział im Piotr Kadlcik, Przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP:

"Artystę, o ile zasługuje na to miano, cechuje wrażliwość. Umieszczenie symbolu jednoznacznie nawiązującego no hitlerowskiej ikonografii przed wejściem do wrocławskiej synagogi odwiedzanej również przez tych,którym podobna symbolika kojarzy się z koszmarem nie do zapomnienia, dowodzi braku takiej wrażliwości. Tej rodzaj "działania artystycznego" jest porównywalny z umieszczeniem elementów sowieckiej symboliki opodal miejsca upamiętniającego Katyń. Apel artystów i krytyków monitorujących ograniczanie wolności artystycznej w Polsce dowodzi niedoinformowania odnośnie charakteru i miejsca owej "instalacji" lub też jest dowodem na to, że granica pomiędzy dziełem i kiczem i prymitywną prowokacją bywa czasem bardzo cienka"

Piotr M. A. Cywiński, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau:

Artysta, Pan Hubert Czerepok zaproponował zainstalowanie nad wejściem do wrocławskiej synagogi parafrazy hasła z bramy Auschwitz "Arbeit macht frei". Utworzył tym samym bardzo wymowną artystyczną i symboliczną analogię pomiędzy wejściem na teren największego nazistowskiego obozu śmierci a wejściem na teren synagogi. Pytam się, jak mam to rozumieć? W moim odczuciu wymowa tej analogii chyba przerosła wyobraźnię artysty. Wart zadać kilka pytań pogłębiających ową wymowę. Czy w opinii artysty istnieje artystyczna i symboliczna analogia pomiędzy strukturą SS a strukturą pracowników Związku Gmin Żydowskich w Polsce? Czy chciał na pewno podkreślić jakąkolwiek analogię między Torą a Mein Kampf? Czy istnieje według niego analogia pomiędzy SS-Obersturmbannführerem Rudolfem Hoessem a rabinem Icchakiem Chaimem Rappaportem?

Wierzę, że ta instalacja wynikała jedynie z nieprzemyślenia. Chcę tak wierzyć. Jednak oto padają głosy broniące tejże instalacji w imię wolności słowa. Czy naprawdę nie widać gołym okiem ohydnego, niesprawiedliwego i okrutnego wymiaru tego artystycznego przekazu? Szanuję próby obrony wolności. Ale w tym przypadku, zniewolenie nastąpiło gdzie indziej - w cieniu potwarzy, którą ta analogia próbowała rzucić na ludzi, którzy utożsamiają się z wrocławską synagogą. I Ci powinni być wzięci w obronę w imię dobrze zrozumianej obrony wolności. Dziwię się, że nie dla wszystkich jest to jasne.

Wystawa „Survival” razem z festiwalem Wrocław Non Stop rozpoczęła w niedzielę Sezon Letni 2008 - czyli cykl imprez muzycznych, teatralnych i plastycznych, do którego niebawem dołączy etniczny Brave Festival oraz filmowa Era Nowe Horyzonty. Przegląd Młodej Sztuki w Ekstremalnych Warunkach trwać będzie do nocy z wtorku na środę między ulicami św. Antoniego i Włodkowica.


ALT: i/gazeta_wroclaw.bmp
„Apel przeciw ocenzurowaniu wystawy”

Agata Saraczyńska
Gazeta Wyborcza Wrocław, 02.07.2008


Rabin wrocławskiej gminy żydowskiej, żądając usunięcia z wystawy Survival pracy Huberta Czerepoka, naruszył artykuł 73 konstytucji Rzeczpospolitej, gwarantujący swobodę ekspresji artystycznej - piszą w otwartym apelu przedstawiciele Indeksu 73.
Indeks 73 to ogólnopolska inicjatywa środowiska kulturalnego powołana na rzecz obrony konstytucyjnej wolności twórczości artystycznej i badań naukowych.

Dotąd jej twórcy - artyści i krytycy (m.in.: dr Izabela Kowalczyk, Jarosław Lipszyc, Roman Pawłowski i Robert Rumas) sprzeciwiali się wobec różnych aktów cenzury religijnej i obyczajowej. Protestowali na przykład, gdy prawicowi radni próbowali zmienić repertuar wałbrzyskiego teatru. Kronikę łamania swobody artystów publikują na swojej stronie internetowej.

Teraz Indeks 73 zareagował na ocenzurowanie wrocławskiej wystawy Survival. Po interwencji rabina usunięta została z niej praca Huberta Czerepoka - żelazna wstęga z napisem "Nie tylko dobro przychodzi z góry". Jej forma przypominała napis znad bramy wejściowej do obozu zagłady w Auschwitz.

Rabin Icchak Chaim Rapoport zarzucił organizatorom Survivalu antysemityzm i zażądał zdemontowania instalacji znad przejścia prowadzącego do synagogi Pod Białym Bocianem.

Indeks 73 w swoim apelu pisze, że praca nie narusza polskiego prawa, nie godzi w wartości religijne ani w pamięć ofiar Holocaustu, nie istnieją więc żadne powody, aby nie była prezentowana publicznie. Podkreślają, że w kraju, w którym miało miejsce ludobójstwo, konieczna jest dyskusja o kontrowersjach wokół prac nawiązujących do stylistyki faszyzmu.

Hubert Czerepok: - Oczywiście chciałbym, żeby ta praca mogła być pokazywana przy synagodze. Nie użyłem ani symboliki wiary, ani nie zamierzałem obrażać czyichkolwiek uczuć religijnych. Chciałem rozmowy, spotkałem się tylko z oskarżeniami.

Anna Kołodziejczyk, jedna z organizatorek wystawy: - Nie ma szansy na ponowne zainstalowanie wstęgi, bo Survival z założenia jest tylko czasową prezentacją. Ocenzurowanie wystawy sprawiło, że mówi się o niej jeszcze więcej, a praca Czerepoka tym bardziej stała się tematem dyskusji.


ALT: i/le_monde.gif
"Sacrum i profani"
Ewa Majewska
Le Monde diplomatique. Edycja polska, NR 9 (31) 09.2008*


"Sacrum i profani. O cenzurze we współczesnej polskiej sztuce i nie tylko."

Niniejszy tekst będzie w pewnej mierze bazował na rozpoznaniach i praktyce projektu Indeks73, niemniej stanowi zarazem próbę wstępnej, szkicowej problematyzacji nowych, liberalnych form i strategii cenzurowania sztuki.

Jak donoszą media oraz opracowana przez członków i członkinie Indeksu73 „Kronika cenzury w Polsce po 1989 roku”, najczęstszym powodem ataków na artystki i artystów, zdejmowania prac, zgłaszania skierowanych przeciw twórcom pozwów do sądu, jest religia katolicka i wynikające z jej zasad przekonania, normy moralne i obyczajowe. Cenzura z przyczyn religijno-obyczajowych to około 90% wszystkich przypadków ograniczania wolności wypowiedzi i ekspresji artystycznej.

Mogłoby się w związku z tym wydawać, że to kościół katolicki jest główną przyczyną ograniczeń wolności w świecie sztuki. Sądzę jednak, i jest to przekonanie dość rozpowszechnione w Indeksie73, że cenzura religijno-obyczajowa to tylko czubek góry lodowej wszystkich przypadków cenzury, którą determinują strategie zarządzania i kontroli rynku sztuki oraz mechanizmy samowykluczania wszelkich form krytyki kapitalizmu. Sztuka demaskująca mechanizmy neoliberalizmu jest tym, co nie tylko się nie wydarza, ale wydarzyć się nie może z tej prostej przyczyny, że jej produkcja wymagałaby świadomej rezygnacji artystki bądź artysty z przynależności do pola produkcji artystycznej stanowiącego dla wytwórców sztuki nie tylko źródło utrzymania, choć też, ale przede wszystkim – przestrzeń produkowania własnej tożsamości w szerszym polu społecznym.

Obserwując ewolucję instytucji i uczelni artystycznych, trudno nie nabrać przekonania o tajemniczym związku pomiędzy zaangażowaniem i politycznym radykalizmem produkcji artystycznej z jednej strony oraz dekonstrukcją i destabilizacją ruchów społecznych z drugiej. Oczywiście, nie zamierzam po prostu twierdzić, że działacze i działaczki antyglobalizmu masowo przeszli na stronę sztuki, niemniej – korelacja pomiędzy stopniowym słabnięciem ruchów społecznych z jednej strony i wzmacnianiem emancypacyjnej i krytycznej narracji artystycznej z drugiej wydaje mi się znacząca. Wynika z niej między innymi radykalizacja postaw i form działalności artystycznej, jak również stopniowe wzmacnianie neoliberalnej machiny swoistą „szczepionką”, jaką staje się w kapitalizmie działalność artystyczna. Regulacje dotyczące rynku pracy, migracji, demontaż państwa opiekuńczego, oficjalny rasizm w jednych państwach (Włochy) oraz homofobia w innych (Polska) nie napotykają na „naturalną” dotychczas formę opozycji, przybierającą jeszcze do niedawna postać ruchu społecznego podejmującego polityczne działania przestrzeni społecznej, tylko na opozycję w nowej formie – krytyczny dyskurs kuratorskiej i artystycznej praktyki umieszczonej w muzeum lub przestrzeni od niego bezpośrednio zależnej.

Nie chcę tu bronić stanowiska, w myśl którego ta „muzealizacja” dyskursu krytycznego stanowi zarazem jego depolityzację, uważam, za Rancierem, że produkcja artystyczna często nie nastawiona na bezpośredni cel polityczny przynosi o wiele mocniejsze polityczne rezultaty, niż sztuka programowo polityczna. Interesuje mnie jednak powiązanie obu zjawisk – osłabienia ruchów społecznych poprzez ich inwigilację, kampanię zamykania skłotów i niezależnych centrów kultury, aresztowania i procesy karne przeciw aktywistom i radykalnym akademikom oraz stopniowej radykalizacji dyskursu produkcji artystycznej. Wydaje mi się, że oba zjawiska są ze sobą powiązane, zaś ten związek może być instruktywny dla zrozumienia nowych form cenzury, również w Polsce. Interesujące, że znacząca część naszych rodzimych artystów i kuratorów nie pozostawała w żadnym związku z progresywnymi ruchami społecznymi, a mimo to bez oporów wykorzystuje ich retorykę i stylistykę, co odróżnia ich od przynajmniej części kolegów i koleżanek z Europy Zachodniej. W związku z tym ich deklarowany radykalizm i krytycyzm może sprawiać wrażenie bezpośredniego przejęcia pewnych „wyznaczników radykalności” na zasadzie kopiowania określonej mody. Z tej perspektywy cenzorskie działania instytucji kościelnych i państwowych wydają się tylko ułatwiać realizację imperatywu wpisywania się w popularną od jakiegoś czasu radykalną konwencję. Polityka nie tylko przychodzi do naszych artystów i kuratorów z zewnątrz, ale staje się również czynnikiem generującym ich „polityczne zaangażowanie”. Warto też pamiętać, że tutaj, nieco inaczej, niż w większości krajów zachodnich, strategia krytykowania neoliberalizmu jest obierana dość rzadko, a próby tworzenia artystycznej tożsamości lewicowej ograniczają się na ogół do kontestowania ograniczeń obyczajowych, niemal nie dotykając kwestii ekonomicznych.

Interesujące z punktu widzenia cenzury wydają mi się przede wszystkim te przypadki, w których okazuje się ona instancją obecną również w liberalizmie. Ostatnich 20 lat transformacji ustrojowej w Polsce nie pozostawiło suchej nitki na dyskursie lewicowym, powoli pojawiają się pierwsze głosy w tej sprawie, niemniej – trudno mówić o jakimś systematycznym intelektualnym „zwrocie w lewo”, skądinąd łączy się to z kryzysem lewicy politycznej. W tych warunkach znaczna część edukacji estetycznej oraz kuratorskiej i artystycznej praktyki wydaje się nadal pozostawać w okowach klasycznie liberalnego wyobrażenia o cenzurze, która miałaby być w takim ujęciu działaniem sprowadzającym się do ograniczeń artystycznej ekspresji z przyczyn światopoglądowych. Ponieważ jednak w dyskursie liberalnym ekonomia pozostaje apolityczna, kwestie światopoglądowe w naturalny sposób nie obejmują krytyki neoliberalizmu, kapitalistycznej odmiany globalizacji czy też ekonomicznych nierówności spowodowanych różnicą płci i/lub rasy, by podać tylko niektóre przykłady. W związku z tym za cenzurę nadal uważane będą działania wykonane przez przedstawicieli i przedstawicielki skrajnej prawicy wobec prac np. Doroty Nieznalskiej czy Roberta Rumasa, natomiast uporczywe pomijanie ekonomicznych nierówności postrzegane będzie jako „autonomiczny wybór twórcy” (nie ważne, że zdeterminowany urynkowieniem produkcji artystycznej, znaczną prywatyzacją tego sektora, pojawieniem się w nim reguł tzw. „wolnego” rynku etc).

Jak przytomnie zauważyła Iza Kowalczyk w swoim tekście „Między rynkiem a dogmatem. Sztuka w podwójnym wiązaniu” , aktywność twórcza jest dziś w Polsce ograniczana splotem rynku i religii. Oba czynniki wzajemnie się wzmacniają, jak starałam się pokazać wcześniej – powszechne w Polsce przekonanie odnośnie zasadniczo religijnego i obyczajowego charakteru ograniczeń twórczości artystycznej działa bodaj jako główne ograniczenie badań nad ekonomicznymi uwarunkowaniami sztuki i właściwych jej form cenzury. Problemu nie rozwiąże tu rzecz jasna rezygnacja z krytyki i zwalczania katolickiego nadzoru nad sztuką. Wydaje mi się jednak, że najwyższy czas przyjrzeć się katolicyzmowi jako jednej z wielu form cenzury, a nie jej jedynemu wcieleniu.

Zaproponowane w ramach Indeks 73 rozszerzenie definicji cenzury obejmuje takie jej formy, jak na przykład ekonomiczna, w tym ta związana z wykorzystaniem zapisów o ochronie wizerunku przez koncerny i korporacje (opisany przez Izę Kowalczyk przykład cenzury pracy Rafała Jakubowicza "Arbeitsdisziplin" z 2002 roku przez firmę Volkswagen); cenzura wynikająca z nadużywania praw autorskich (świetnym przykładem jest wyłączność, jaką egzekwuje firma „Disney” w odniesieniu do wizerunków kreskówek, w tym szczególnie – bohaterów książek o „Kubusiu Puchatku) tudzież cenzura wynikająca z nadużyć czynionych w związku z przepisami o ochronie takich dóbr, jak wartości religijne czy wizerunek narodu polskiego. W pracach badawczych Indeksu73 coraz częściej pojawia się również przekonanie o produktywnej funkcji cenzury kościelnej dla polskiej sztuki, cenzura obyczajowa pozwala bowiem rodzimym kuratorom i artystom funkcjonować w roli obiektu opresji i generować przekonanie o własnym radykalizmie, gwarantując zarazem skuteczną dyspensę przed namysłem nad własnym umiejscowieniem w polu produkcji kulturalnej. Mamy tu do czynienia z klasyczną ideologiczną reprodukcją kapitalizmu, w której dyskutowane i widoczne są elementy nadbudowy, natomiast baza ekonomicznych i społecznych stosunków społecznych pozostaje nie tylko nie zmieniona, ale w ogóle nie zostaje zauważona.

Jednym z nielicznych teoretyków sztuki nie posługujących się klasycznie liberalną definicją cenzury jest Piotr Piotrowski, który w swoim tekście „Pazurami i dziobem w obronie demokracji(1)” zwraca uwagę na sposób, w jaki polska Konstytucja reguluje kwestię społecznego pluralizmu i różnorodności. Piotrowski podkreśla, że w ustawie zasadniczej użyto określenia „tolerancja”, a nie „równouprawnienie”, żeby opisać relacje, jakie miałyby w Polsce panować między rozmaitymi grupami obywateli. Obstając za pojęciem „równouprawnienia” Piotrowski wpisuje się w nurt lewicowej krytyki liberalnej demokracji, w którym zwraca się uwagę na stosunkowo słaby charakter tolerancji jako relacji hierarchizującej wykonawcę czynności oraz jej przedmiot, który może być postrzegany jako zło konieczne, jak czytamy w omawianym tekście: „Tolerancja jest pojęciem hierarchicznym; odsłania hierarchię (większość toleruje mniejszość, ale nie traktuje jej jak równej sobie)” . Analogiczne rozumowanie przedstawił między innymi Zygmunt Bauman, gdy upominał się w Wieloznaczności nowoczesnej... o zmianę postrzegania społecznego „Innego”, podobnie myślał również Marks, gdy w swoich tekstach upominał się o „emancypację ludzką”, a nie tylko „polityczną”, którą można uzyskać dopiero przy realizacji pełnej społecznej równości. Zestawiając przykłady cenzury artystki polskiej (Nieznalska) i artysty rosyjskiego (Aleksandra Kosolapova) Piotrowski zwraca szczególną uwagę na podobieństwa między uzależnieniem działań instytucji państwowych (sąd, prokuratura) od czysto koniunkturalnych decyzji w zakresie rozegrania przez polityków relacji państwo-kościół. W przypadku obu państw za kluczowe uznano polityczne wsparcie obowiązującej religii, kosztem wolności artystycznej ekspresji. Warto skądinąd zauważyć, że analogiczne akty cenzury zdarzają się dość często we Włoszech, gdzie duet „Goldiechiari” został 2 lata temu oskarżony o obrazę narodu włoskiego (artystki ostatecznie uniewinniono), zaś artyście niemieckiemu Martinowi Kippenbergerowi, który wystawił w Bolzano 3-metrowy krzyż z wiszącą na nim sporą zieloną żabą trzymającą kawę i grzankę, grozi proces o obrazę uczuć religijnych.

Osobnym problemem polskiej produkcji artystycznej okazuje się ostatnio próba generowania „lewicowego dyskursu” wśród artystów i krytyków. Dyskurs ten bardzo często sprowadza się do instrumentalnego wykorzystania marginalizowanych grup społecznych w tak zwanych „projektach partycypacyjnych”. O ile jednak wszędzie na świecie „partycypacja” uważana jest za sytuację, w której zapraszający i zapraszani funkcjonują na równych prawach, o tyle tutaj w projektach między innymi Artura Żmijewskiego artysta zaprasza uczestników głównie po to, by następnie opisywać ich jako „barbarzyńców” i tłumaczyć własną lewicowość jako pokłosie herbertowskiej fascynacji „kulturą wysoką”, stanowiącą, jak dowodzą praktycznie wszyscy liczący się lewicowi autorzy, formę wykluczenia klas nieuprzywilejowanych . Elementem cenzury staje się w tej sytuacji sama kategoria „lewicowości”, której użycie w opisany przeze mnie sposób skutecznie uniemożliwia renegocjację społecznych postaw i podziałów pozwalając zarazem artystom i ich nauczycielom na swobodne propagowanie kulturowych podziałów klasowych jako rzekomo emancypacyjnej praktyki. Generowanie kolejnego podziału na „panów” (Żmijewski) i „niewolników” (Józef Tarnawa, młodzież, prostytutki i inni zaproszeni przez artystę „uczestnicy” jego projektów) nie ma nic wspólnego z Nietzscheańską krytyką kultury, stanowi natomiast rezultat uwikłania artysty w istniejące sprzeczności społeczne, uwikłania pozbawionego niestety jakiegokolwiek refleksyjnego wysiłku przemyślenia sytuacji i jej uwarunkowań. Reprodukując skrajne czasem postawy dominacji i zniewolenia Żmijewski nie podejmuje nad nimi namysłu, swobodnie uznając, że samo ich powtórzenie wygeneruje krytykę i zmiany postaw społecznych wobec wykluczonych. Ciekawe, że wiara w mediumiczne oddziaływanie artysty jako przekaźnika była na ogół przedmiotem krytyki, a nie afirmacji lewicowego dyskursu.

O ile jednak w innych krajach do głosu dopuszczony zostaje również dyskurs krytykujący umiejscowienie artystów w przestrzeni reprodukcji dominującego systemu, o tyle w Polsce dyskurs taki jest prawie nieobecny. Można więc nabrać przekonania, że o ile cenzura religijno-obyczajowa stała się już standardowym elementem produkcji artystycznej wykorzystywanym do produkcji wizerunku ucisku artystów i kuratorów, o tyle działania rynku sztuki, niejasne koligacje instytucjonalno-biznesowe oraz własna indolencja środowisk twórczych pozostają kompletnie poza zasięgiem teorii i praktyki sztuki. Marks przytomnie zwrócił niegdyś uwagę na to, że interpretacji stanu rzeczy było już dosyć. Mam wrażenie, że w sytuacji sztuki zmiana paradygmatu interpretacyjnego z koniunkturalnego na krytyczny stanowiłaby zarazem pożyteczną emancypacyjną praktykę. Pytanie tylko, czy w zaistniałych warunkach taka zmiana paradygmatu jest w ogóle możliwa?


1. Tekst dostępny online:
http://www.indeks73.pl/pl_,web_journal,_,50,_,144.php
2. Zob. P. Piotrowski, Pazurami i dziobem w obronie demokracji(1), artmix 15(5)/2007, tekst dostępny on-line:
http://www.obieg.pl/artmix/artmix15_01.php .
3. Wypowiedź Artura Żmiejewskiego i Grzegorza Kowalskiego podczas seminarium Claire Bishop „1968-1989” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, 28-30 lipca 2008.


* W 'Le Monde diplomatique' ukazała się zredagowana wersja tekstu.


ALT: i/obieg.bmp
„Antywładza”

Izabela Kowalczyk, Edyta Zierkiewicz
Obieg/Artmix, 09.10.2008


Ten numer artmixa poświęcony jest antywładzy. Ale czy w ogóle o czymś takim można mówić? Antywładza byłaby krytyką władzy, próbą jej zdekonstruowania i osłabienia. Warto jednak pamiętać, że każda wypowiedź teoretyczna, krytyczna czy artystyczna ustanawia kolejne stosunki władzy. Obszar władzy jest sferą dynamiczną, przecinających się stosunków siły i słabości, stosunków, które nakładają się na siebie i są zmienne, mają różne znaczenie w zależności od sytuacji i kontekstu. Również estetyka, jak pisze Jacques Ranciere, ma swoją własną politykę. Ta polityka wewnątrz estetyki ustanawia widzialność lub niewidzialność, zakłada hierarchię tematów, lub dokonuje demokratyzacji porządku estetycznego. Gra toczy się więc o możliwość wypowiedzi, o to, kto może być słyszalny i jakie głosy mogą zostać wysłuchane, gra toczy się też o widzialność, kto może być widzialny i w jakich kontekstach. Wewnątrz pola widzialności jednak następują kolejne napięcia i pojawiają się nowe stosunki władzy.

Problemu zyskania możliwości wypowiedzi dotyczy Manifest Archiwum Etnograficznego Pseudo. Emancypacja "stosowanych sztuk społecznych", prezentowany już od pewnego czasu artmixie. Jako komentarz do Manifestu, nakręconego przez Archiwum filmu "Pseudo" oraz towarzyszącej mu dyskusji, która odbyła się w CSW w Warszawie, prezentujemy tekst Ewy Majewskiej No po kim, jak po kim, ale po pani bym się tego nie spodziewała... Tekst mówi o strategiach budowania i egzekwowania władzy oraz o tym, jak strategia ofiary może być również formą sprawowania władzy. Chcemy, by ten tekst został potraktowany jako ważny głos w dyskusji, głos, który wskazuje na różne punkty widzenia i różne strategie emancypacyjne.

Kolejnym głosem polemicznym odnoszącym się do manifestu Pseudo jest tekst Artura Żmijewskiego Pomiędzy, prezentowany w ramach aktualizacji tego numeru. Mamy nadzieję, że dyskusja ta będzie toczyć się dalej.

Daniel Muzyczuk w tekście Poza Grand Hotel Abyss porównuje odnoszące się do sztuki myśli Ranciere'a i Lukács'a, wskazując tym samym na korzenie krytycznej analityki władzy. Dynamiczny obszar władzy można obserwować również w odniesieniu do sfery sztuki i cenzury, wskazując, że, wbrew pozorom, również na tym obszarze nie ma prostych podziałów na "my i oni", "posiadający władzę i pozbawieni władzy". O niemożności postawienia prostych diagnoz w odniesieniu do sfery cenzury pisze Izabela Kowalczyk w tekście Między rynkiem a dogmatem. Sztuka w podwójnym wiązaniu. Jest to przedruk z pisma "Indeks 73. Nieregularnik wolnej kultury".

Chciałybyśmy tutaj wskazać również na działalność inicjatywy Indeks 73 , gdyż podejmowane przez inicjatywę działania można określić jako wpisujące się w strategie antywładzy. Jak pisze inicjatorka Indeksu, Lidia Makowska: "Indeks 73, to nowa, powstała na początku 2008r., ogólnopolska inicjatywa środowisk kulturotwórczych na rzecz obrony konstytucyjnej wolności twórczości artystycznej i badań naukowych. Zamierzamy na nowo przeanalizować obszary wolności i represji oraz zdefiniować obecne zagrożenia swobodnego dostępu do tworzenia, remiksowania i rozpowszechniania dóbr kultury. Proponujemy konkretne działania, które badają i zapobiegają cenzurze, wprowadzają systemowe zmiany w prawie, wspierają ruch wolnej kultury oraz przywracają do obszaru kultury pojęcia dobra wspólnego i interesu publicznego". Uważamy, że w odniesieniu do problemu cenzury najbardziej palącym problemem jest właśnie przeanalizowanie ukrytych stosunków władzy, które blokują pewne wypowiedzi artystyczne, doprowadzają do autocenzury, działają na zasadzie ustanawiania silnego centrum oraz marginalizacji tego, co nie wygodne i niepasujące do powszechnie panujących reguł.

Następny prezentowany tekst Kobieta jako potwór w Psychozie Alfreda Hitchcocka Niny Czarneckiej-Pałki, dotyczy również w pewnym sensie władzy i antywładzy, ale budowanych na poziomie psychiki i podświadomości, i prezentowanych w tym, chyba najbardziej klasycznym filmie grozy.

Zamieszczamy w tym numerze również recenzje: pracy Izabelli Gustowskiej "She-Ona. Media Story", z Biennale w Berlinie oraz z wystawy Fridy Kahlo w Muzeum Sztuki Współczesnej (MOMA) w San Francisco.

Ten numer artmixa porusza kwestie powszechnie uważane za drażliwe. Mamy nadzieję, że przy okazji będzie zachętą dla czytelników i czytelniczek do zabrania głosu na temat władzy i antywładzy w sztuce, kulturze, życiu publicznym.


ALT: i/gazeta_plock.bmp
Płockie murale na kartach. Buntu ciąg dalszy?”
Hubert Woźniak
Gazeta Wyborcza Płock, 20.10.2008


Obrona murali nie skończyła się na odtworzeniu "absoluta" w postaci wielkiego plakatu naklejonego na stację trafo. Pojawiły się dwie podobne do siebie pocztówki: jedna tradycyjna, druga internetowa.

Prezydent Płocka Mirosław Milewski uznał, że murale, które powstały w tym roku w ramach akcji "Podwórko", są nielegalne i jeden z nich polecił już zamalować. W ten sposób zniknęła jedna z najlepszych prac znanej i cenionej w całym kraju grupy Niczero (odłam grupy Twożywo) "Absurdolony absolut".

Jednak ku zaskoczeniu wszystkich - ratusza, organizatorów akcji, a także samych artystów - prawie dwa tygodnie temu ktoś odtworzył mural. Wykonał profesjonalny plakat tej samej wielkości co "Absurdolony absolut" i nakleił go w miejscu oryginału. Obok niego znalazła się karteczka z napisem: "Murale pomścimy. Wyborcy". Nikt się nie przyznał do tego dzieła, a nie da się ukryć, że wymagało ono dużo zachodu.

Spodziewaliśmy się, że będzie ciąg dalszy tej akcji czy też - jak nazwali ją urzędnicy - prowokacji. W weekend wyjęliśmy ze skrzynki pocztowej kartkę z wizerunkiem zamalowanego "Absurdolonego absolutu". I nałożonym na niego napisem "Murale pomścimy. Wyborcy". Znów nie wiadomo, kto ją przygotował.

Kto jeszcze otrzymał anonimową kartę od "wyborców"? Na pewno nie tylko nasza redakcja. Karta została prawdopodobnie wysłana do biur poselskich. Wiemy, że przynajmniej poseł Andrzej Nowakowski ją odebrał. - Nie wiem, kto ją wysłał, ale podziwiam sam pomysł i determinację w obronie murali - powiedział.

Ulotkę lub kartę dostali też płoccy radni. Przewodniczący rady miasta Tomasz Korga nie krył oburzenia. Jednak nie samym faktem takiej formy obrony murali, ale znaczkiem, jaki został umieszczony na tej pocztówce. W jednym jej rogu - jakby w formie podpisu - znalazł się znak: przerobiony symbol "Polski Walczącej". Litera "P" została wykonana z barw miasta i choć deformuje oraz przytłacza kotwicę, to jednak symbolika ta nie pozostawia wątpliwości.

- Ktoś wrzucił do skrzynek radnych ulotki. Nie chodzi mi o te napisy "Murale pomścimy. Wyborcy" - powiedział Tomasz Korga. - Choć słowo "pomścimy" uważam za zbyt mocne, ale OK, niech będzie. Może ktoś jest młody, chce być wyraźny. W porządku. Ale ten znak symboliką nawiązujący do "Polski Walczącej" oburza. Takie postępowanie jest niedopuszczalne. Za namalowanie tego znaku ludzie kończyli na Pawiaku. To są symbole, których nie wolno dotykać! - przewodniczący rady miasta nie potrafi mówić spokojnie.

Zdaniem Tomasza Korgi cały spór o murale poszedł za daleko i "osiągnął wymiar absurdalny". - Moim zdaniem można było usiąść spokojnie i porozmawiać, wtedy zawsze można poszukać formy porozumienia - dodał przewodniczący rady miasta.

W internecie (na stronie www.petycje.pl/3536) natomiast pojawił się protest w obronie płockich murali, podpisany przez Galerię Rusz we współpracy z Inicjatywą Indeks 73. - Protestujemy przeciwko cenzurowaniu i niszczeniu dzieł sztuki! - czytamy w petycji. - To, co się stało w Płocku w związku z festiwalem „Podwórko”, czyli wydanie przez prezydenta Płocka pisma nakazującego zamalowanie, zniszczenie powstałych w ramach festiwalu sześciu murali, jest aktem urzędniczego wandalizmu mającego jedynie pozory legalności. Są to działania niezgodne z konstytucją, która gwarantuje wolność wypowiedzi. Działanie prezydenta uderza w sam festiwal i jego szlachetną ideę rewitalizacji przestrzeni społecznie zaniedbanej oraz dąży do zniszczenia tak zasłużonej dla płockiej kultury imprezy, jakim jest festiwal „Podwórko” (...). Nie pozwólmy prezydentowi zakazywać myślenia i tworzenia na terenie miasta Płocka! - kończą petycję jej autorzy.

Wczoraj po południu widniało pod nią ponad sto zweryfikowanych podpisów.

W internecie zaczęła też krążyć inna kartka w obronie murali, ale także już nie anonimowa. To zdjęcie nieistniejącego już, zamalowanego "Absurdolonego absoluta" z nałożonym napisem "Ocenzurowano" i informacją o zniszczeniu tego rysunku. Podpisał się pod nią jeden z zajmujących się takimi pracami artystów - IXI Color.


ALT: i/gazeta_wroclaw.bmp
„Kronika wypadków cenzorskich”
Gazeta Wyborcza Wrocław, 05.11.2008



Na liście przypadków naruszania w Polsce wolności człowieka do korzystania z dóbr kultury i wolności twórczości artystycznej stworzonej przez Indeks 73 co roku przybywa kolejnych pozycji.

Istniejąca od roku ogólnopolska inicjatywa Indeks 73 broni konstytucyjnej wolności twórczości artystycznej i badań naukowych. Prawo do takiej wolności gwarantuje art. 73 Konstytucji RP. Twórcy Indeksu - artyści i krytycy (m.in.: dr Izabela Kowalczyk, Jarosław Lipszyc, Roman Pawłowski i Robert Rumas) sprzeciwiają się aktom cenzury religijnej i obyczajowej.

W lutym tego roku Jarosław Lipszyc opublikował artykuł w Gazecie Wyborczej, w którym udowadniał, że monopol Disneya na wykorzystywanie wizerunku postaci z książki Milne'a narusza konstytucję. Osiem lat temu ZAIKS przestał wydawać zgodę polskim teatrom na wystawianie Puchatka i tym samym niewinny bohater bajek dla dzieci padł ofiarą cenzury opartej na przymusie ekonomicznym i monopolu prawa autorskiego. Sprawa stała się głośna przy okazji przyjazdu do Polski amerykańskiego spektaklu - widowiska 'Disney Live! Kubuś Puchatek'. W tym momencie nie ma innej słusznej i obowiązującej wersji bajki, poza Disneyowską i to właśnie, zdaniem Lipszyca, jest wyrazem ograniczania swobód obywatelskich w zakresie wolności wyrażania poglądów i twórczości artystycznej.

Indeks 73 ujął się za Puchatkiem i wolnością sztuki. Z inicjatywy Indeksu, grupa Performeria Warszawska działająca przy Instytucie Teatralnym zorganizowała happening uwalniania misia.

W ramach swoich działań, Indeks 73 stworzył Kronikę Wypadków Cenzorskich - opublikowane na stronie internetowej zestawienie naruszeń wolności sztuki i słowa. Znalazła się tam między innymi sprawa związana z wykorzystaniem przez dzieci twórczości nieżyjącego już księdza Twardowskiego.

Jest też zamknięta przez prokuraturę wystawa Petera Fussa, autora wywołującego oburzenie bilboardu z wizerunkami znanych polityków, dziennikarzy i artystów oraz napisem "Żydzi won z katolickiego kraju".

We Wrocławiu podobnie skrajne emocje wywołała praca Huberta Czerepoka wystawiona latem na dziedzińcu Synagogi Pod białym Bocianem w ramach Festiwalu Survival. Litery na żelaznej wstędze, przypominającej kształtem napis nad bramą obozu zagłady w Oświęcimiu układały się w zdanie "Nie tylko dobro przychodzi z góry". Po niecałych sześciu godzinach ekspozycji, na wyraźne i kategoryczne żądanie Rabina Gminy Żydowskiej pracę zdemontowano.

W tym tygodniu Indeks 73 zorganizował we Wrocławiu debatę "Sztuka i dialog bez cenzury". Jej uczestnicy zastanawiali się jak konstruować wielokulturowe wydarzenia artystyczne tak, by było w nich miejsce na dyskusję wokół kontrowersyjnych tematów. Punktem wyjścia był właśnie demontaż pracy Huberta Czerepoka. W panelu wziął udział Rabin Gminy Żydowskiej we Wrocławiu Icchak Chaim Rapoport, kurator Przeglądu Młodej Sztuki Survival, Piotr Stasiowski, dziennikarka Gazety Wyborczej, Agata Saraczyńska oraz Lidia Makowska z Kultury Miejskiej i Indeksu 73. Rozmowę prowadziła dr filozofii Ewa Majewska.

Przy okazji spotkania Rabin wyjaśnił swój kategoryczny sprzeciw wobec pracy Czerepoka. Podkreślał, że widok jednoznacznie kojarzącego się kształtu żelaznego napisu dotknął go do żywego i wywołał trudne do opanowania emocje. Żądając demontażu instalacji Rabin miał na uwadze ochronę mieszkańców Dzielnicy Czterech Świątyń przed narzuceniem im kontaktu z pracą przywołującą traumatyczne skojarzenia. Napis wisiał nad bramą, przez którą przejść mógł każdy, w tym starsze osoby, które osobiście doświadczyły okrucieństwa II Wojny Światowej. Dlatego miejsce kontrowersyjnych ekspozycji jest w galeriach, gdzie przychodzą ludzie przygotowani na to, co zobaczą.

Uczestnicy dyskusji w odpowiedzi na argumenty Rabina, proponowali spojrzenie na sztukę, jako sposób przepracowywania traumy Holocaustu i uwzględnienie terapeutycznego aspektu odwoływania się do wydarzeń II Wojny Światowej.


Na liście Indeksu są wystawy, których nawet pokazanie w galeriach czy salach koncertowych, a nie w przestrzeni publicznej, nie uchroniło od cenzury.

Dyskutować na Forum Indeksu o granicach wolności w sztuce będzie można jeszcze w Warszawie (12 listopada), Poznaniu (18 listopada) i Gdańsku (26 listopada). Więcej informacji na stronie www.indeks73.pl


ALT: i/logo_mk.gif
„Kultura, cenzura i autocenzura”
Grażyna Latos
Kreatura.net, 17.11.2008



W czwartek 12 listopada w TR Warszawa odbyła się debata pt. Kultura, cenzura i autocenzura. Spotkanie było częścią cyklu Kłącza Wolnej Kultury realizowanego w ramach Forum Indeksu 73.

Forum Indeksu 73, to inicjatywa powstała na rzecz budowy wolnej kultury. Celem twórców jest poszerzanie przestrzeni wolności i ekspresji poprzez stworzenie cyklu spotkań z artystami czy artystkami, kuratorami oraz osobami, które działają ograniczająco na ekspresję twórczą, czasem ocierając się o funkcję cenzora, czasem w nią wchodząc.

Punktem wyjścia do debaty był film Tajemnica Westerplatte. Dyskusja wokół filmu Tajemnica Westerplatte, który jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć wzbudził protesty i kontrowersje, wznowiła spór o granice wolności sztuki finansowanej z publicznych pieniędzy. Warto zastanowić się nad konsekwencjami tej sprawy dla wolności twórczej w Polsce. Jak zachować kontrolę nad wydawaniem publicznych środków, nie ingerując zarazem w wolność artystów? Jak oddzielić interesy polityków od interesu środowisk twórczych? Jak rozmawiać o sztuce, by nie zmuszać twórców do autocenzury? Jak sprawić, by spór o konkretne artystyczne działania nie skutkował automatycznie zakazem, ale stawał się początkiem twórczej pracy artystów i otoczenia, w jakim przyszło im tworzyć? - pytali organizatorzy.

W roli panelistów wystąpili: Agnieszka Odorowicz - dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Paweł Chochlew - autor scenariusza filmu Tajemnica Westerplatte, Jacek Lipski - producent filmu Tajemnica Westerplatte, Grzegorz Jarzyna - reżyser teatralny wystawiający w Teatrze Rozmaitości, oraz Maciej Gdula - socjolog związany z Krytyką Polityczną. Dyskusję moderował Roman Pawłowski, dziennikarz Gazety Wyborczej, członek inicjatywy Indeks 73.

Na początku spotkania Roman Pawłowski przypomniał wypowiedzi polityków, w których krytykowali oni produkcję Tajemnica Westerplatte i odgrażali się (np. Donald Tusk), że nie pozwolą na to, by z publicznych pieniędzy doszło do realizacji tak antypolskiego przedsięwzięcia.

Autor scenariusza, na pytanie o to, jaka była jego reakcja w związku ze wspomnianą nagonką, odpowiedział, że nigdy nie przeszło mu przez myśl, by w jakikolwiek sposób sponiewierać opinię żołnierzy z Westerplatte. Celem, jaki przyświecał mu w procesie tworzenia, było pokazanie bohaterów. Chciał jednak, by byli to bohaterowie zdjęci z cokołów. Najbardziej bolesne było dla niego to, że niemal wszystkie krytykowane sceny, które znajdowały się w próbnym scenariuszu, jeszcze przed medialną burzą zostały z niego usunięte. Politycy, którzy krytykowali scenariusz w rzeczywistości go nie znali. Ich wiedza była ograniczona do znajomości pewnych pomysłów. Swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, próbą załatwienia własnych partyjnych interesów, zawiesili uczciwy biznes i sprawili, że plan, jakim było pokazanie filmu 1 września 2009, przestał być możliwym do zrealizowania.

Także wg Agnieszki Odorowicz zachowanie polityków było karygodne. Ich autorytaryzm doprowadził do tego, że przekroczyli oni swoje uprawnienia. Odorowicz przyznała jednak, że winę za zamieszanie przede wszystkim ponosi pierwszy producent, który z niegotowym scenariuszem zwrócił się o patronat do premiera.

Dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej przyznaje, że czytając scenariusz nigdy nie oceniłaby go, jako obrazoburczego, a wręcz przeciwnie. Odorowicz poinformowała także, że zlecone ekspertyzy potwierdzają to, iż scenariusz powstał na faktach i że nie zniesławia imienia polskiego żołnierza. Ogłosiła także, że przyznaną przez Polski Instytut Sztuki Filmowej promesę nadal utrzymuje i że nigdy jej nie zawieszała. Problem polega na tym, że pieniądze z PISF nie wystarczą na realizację projektu. Budżet był już co prawda dopięty, ale wywołana przez media i polityków burza sprawiła, że prywatni inwestorzy wycofali się. Odorowicz ma nadzieję, że utrzymana przez PISF promesa zachęci ich do powrotu.

Wg Macieja Gduli przerażające jest to, że w Polsce aż strach jest pomyśleć o czymś co nie jest patriotyczne, a co dopiero o czymś, co jest antynarodowe. Strach o to, by nikomu nie nadepnąć na odcisk jest bardzo smutną perspektywą. Z tym w pełni zgadza się, Odorowicz, która twierdzi, że artyści nie mogą unikać tematów trudnych, nie mogą czuć się na cenzurowanym.

Wg Grzegorza Jarzyny cała ta sytuacja jest potwornie żenująca. Żenujące jest to, że młody artysta, który chce przecierać nowe szlaki jest upokarzany. Każe mu się tłumaczyć z każdego słowa, z każdego pomysłu i wizji. Wg Jarzyny ludzie są bezczelni. Media są bezczelne. Politycy są bezczelni. Pierwszy artykuł na temat produkcji o Westerplatte, który ukazał się w Gazecie Wyborczej był miażdżący. W dodatku krytykujący scenariusz "znawcy" przyznawali się, że scenariusza nie czytali. Taka sytuacja jest dla młodego reżysera kompletnie niezrozumiała.

Dalsza cześć debaty toczyła się wokół wolności artystycznej w sensie nieco ogólniejszym, nadal jednak powiązanej z filmem. Wg Odorowicz sytuacja w Polsce nie wygląda tak tragicznie, jak może się zdawać. Najważniejszy jest profesjonalizm, który w przypadku realizacji filmu wymaga odcięcia się od wpływów polityki. Kwestia Westerplatte sama w sobie jest kwestią polityczną. Westerplatte, to polski mit, legenda, a jak twierdzi Norman Davis, Polacy nie chcą komplikować mitu.




Przypadki naruszeń
wolności artystycznej zgłoś na
Forum Indeksu 73
Zapraszamy do dyskusji!

Subskrybuj Aktualności Indeks73 RSS
Aktualności Indeks73



ALT: i/loga/znak_indeks_lab_rgb_maly.jpg

Dołącz do Indeksu 73 na:

-
Facebook'u
-
YouTube




Creative Commons Polska

ALT: i/loga/wk178x64.jpg

Blog Izy Kowalczyk Straszna Sztuka

ALT: i/loga/baner_rita.jpg

spam.art.pl

e-teatr.tv

NCAC - National Coalition Against Censorship

Internation Freedom of Expression eXchange

ALT: i/loga/freemuse.jpg

Portal Organizacji Strażniczych 'Watchdog'

ALT: i/loga/neuro_baner.gif

ALT: i/loga/minaret_jpg_m.jpg


 
Creative Commons License | O Indeksie 73| Kontakt

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.
Redakcja Portalu Indeks 73 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii wyrażonych przez czytelników w komentarzach i na forum.
design by studio Świerszcze, engine: abacus.pl