Sprawa tygodnia
Artysta Krzysztof Kuszej oskarżony o szerzenie pedofilii
![]() Kronika Wypadków Cenzorskich w polskiej sztuce po 1989 r.
![]() Katarzyna Kozyra „Więzy Krwi”, Otwarta Galeria AMS Ponad 90 udokumentowanych przypadków interwencji cenzorskich, donosów, nacisków i gróźb od początku lat 90. po dzień dzisiejszy.
Czytaj więcej w Kronice Cenzury Inicjatywę Indeks 73 wspiera KulturaMiejska w Gdańsku Projekt edukacyjny
Laboratorium Indeksu 73 zrealizowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. ![]() Niniejszy portal powstał w 2008 roku dzięki pomocy finansowej Unii Europejskiej, w ramach programu "Podnoszenie świadomości społecznej i wzmocnienie rzecznictwa oraz działań monitorujących organizacji pozarządowych". Za treść tego dokumentu odpowiada Kultura Miejska, poglądy w nim wyrażone nie odzwierciedlają w żadnym razie oficjalnego stanowiska Unii Europejskiej. ![]() ![]() |
Nieregularnik Wolnej Kultury > Indeks 73. Nieregularnik Wolnej Kultury, Część 2
Izabela Kowalczyk
Jak walczyć z pełzającą cenzurą? ![]() David Černy, Shark, 2005. Fotografia z archiwum Izabeli Kowalczyk. Ten tekst nie będzie tekstem naukowym, to raczej zbiór obserwacji dotyczący pełzającej cenzury oraz mechanizmów jej działania. To bardziej raport z pola walki, pisany też przez pryzmat własnych doświadczeń i doświadczeń moich znajomych. Kiedy w Bielsku-Białej doszło do cenzury wystawy „Shadows of humour. Przykra sprawa. Czeska wystawa” (wrzesień 2006), tzn. wycofano z prezentacji pracę Davida Černego pt. „Shark” przedstawiającą nagiego Saddama Hussajna umieszczonego w akwarium, dla kuratora wystawy, Williama Hollistera sprawa nie tylko była przykra, ale kompletnie absurdalna i niezrozumiała. Całą aferę rozpętał radny Bielska-Białej, który w wyniku nacisków oraz zastraszania doprowadził do tego, że praca Černego pokazywana była jedynie podczas wernisażu, zaś galeria Bielska wydała dość żenujące oświadczenie, że sama (wraz z Hollisterem, w jakimś sensie w to wmanewrowanym) zdecydowała się na wycofanie tej pracy, gdyż mogła ona być zbyt drastyczna, szczególnie dla ludzi młodych. Williama poznałam wcześniej, przy okazji wystawy we wrocławskiej Galerii Awangarda. W trakcie afery w Bielsku dostawałam od niego niekiedy po kilka e-maili dziennie. Miałam wrażenie, że próbuje on poruszyć niebo i ziemię, aby w jakiś sposób zmienić ten zastany w Polsce układ i ciche przyzwolenie na pełzającą cenzurę. Ten mieszkający w Czechach Amerykanin nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że miejski urzędnik ma tak wielki wpływ i może zażądać usunięcia pracy z wystawy, która ma miejsce w publicznej galerii. Nie mógł pojąć, że politycy mieszają się do sztuki. W swych oświadczeniach pisał, że było to dla niego szokujące. William był wściekły i bezsilny, wyjeżdżał z Polski z uczuciem żalu i przegranej. Nie mógł pojąć, że jeden radny doprowadził do tego, że praca usuwana jest z wystawy na polecenie dyrektorki galerii; że dyrektorka nie jest w stanie nic zrobić, by obronić wystawę. Jej kompetencje w gruncie rzeczy nie liczą się wobec władzy, jaką ma miejski urzędnik, ale przecież jest to władza nienazwana i nieokreślona. W kompetencjach żadnego urzędnika nie leży przecież cenzurowanie wystaw. Jest to więc raczej władza symboliczna, możliwe, że spadek po okresie PRL-u, kiedy urzędnik był „panem i bogiem”. Tak działa postnomenklatura, według określenia Ewy Mikiny, które przywołuje Rafał Jakubowicz w wywiadzie dotyczącym cenzury, która spotkała jego pracę „Arbeitsdisziplin” w poznańskiej Galerii Arsenał (2002). Władza ta, jak wskazuje artysta, ujawnia się w postaci nacisków, sugestii, pokątnych rozmów, realizowana jest poprzez znajomości, towarzyskie koterie, niejawne układy. Wskazuję na te przykłady, gdyż mechanizm niejawnej cenzury jest w większości przypadków taki sam. W Polsce zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić. Jedynie dla kogoś z zewnątrz, jak dla Williama, sytuacja była całkowicie niezrozumiała i nieznośna. Na podstawie różnych przykładów niejawnej cenzury, które miały miejsce w Polsce i które są ogólnie znane, więc nawet nie warto ich wymieniać, można opisać ten mechanizm z taką dokładnością, że mogłoby powstać kliniczne studium choroby. W danym mieście ma odbyć się wystawa, ale komuś, kto reprezentuje władzę (ale być może odczuwa jakąś potrzebę dowartościowania się i pokazania tego, że tę władzę dzierży) coś na danej wystawie się nie podoba. Uważa więc, że nie może dopuścić do prezentacji jakiegoś dzieła, bo: jest niestosowne, lub „zbyt drastyczne” (jak „Shark”), obraża uczucia religijne (jak wiele prac ocenzurowanych do tej pory w Polsce), szarga dobre imię firmy (jak „Arbeitsdisziplin”), może być też faszystowskie (jak praca Przemysława Obarskiego, której nie dopuszczono do prezentacji w Galerii Miejskiej Wozownia w Toruniu w związku z prywatnym protestem Marka Żydowicza), itp., itd. Następuje nagonka, połączona z zastraszaniem dyrektorów galerii – to w sferze ukrytej, a w sferze jawnej może pojawić się również nagonka prowadzona na łamach mediów. Wiadomo, że niewielu ludzi rozumie sztukę, wielu zaś lubi się czymś oburzać i ekscytować. Nie ma więc nic łatwiejszego niż napisać o skandalicznym dziele skandalicznego artysty na skandalicznej wystawie. Jednakże dużo gorsza jest ta nagonka niejawna. Najprawdopodobniej informuje się szefów galerii o przykrych konsekwencjach, które mogą ich spotkać (zła atmosfera, brak lub ograniczenie dotacji, w najgorszym wypadku zwolnienie z pracy, a nawet likwidacja galerii). Postawieni pod murem dyrektorzy galerii próbują negocjować z artystami, aby sami wycofali kontrowersyjne prace, zgodzili się na ograniczone pokazy (np. tylko w czasie wernisażu), albo też dla „wspólnego dobra” zgodzili się na odwołanie wystawy. To bardzo dobrze jest wykorzystać w komunikatach prasowych („dyrekcja galerii w porozumieniu z artystą...”). Itd. Co ciekawe, próbując zachować twarz, ci, którzy doprowadzili do cenzury, lub jej dokonali mówią zwykle: „To nie jest żadna cenzura”. Te słowa powtarzają się jak refren. „Jestem przeciwko cenzurze!”- udowodniał Żydowicz w Toruniu. „To nie cenzura” – mówili Williamowi bielscy radni. „To nie była cenzura” – mówił dyrektor Arsenału, Wojciech Makowiecki, zwalając winę na Jakubowicza, że rzekomo zbyt późno dostarczył do galerii projekt. „To nie cenzura” – mówił wrocławski rabin, który doprowadził do usunięcia pracy Huberta Czerepoka z festiwalu „Survival” (2008). Ze starszych przykładów, charakterystyczna była sprawa Andreasa Serrana (1994). Kiedy dyrektor CSW Wojciech Krukowski nie zgodził się na pokazanie jego pracy „Piss Christ”, artysta poprosił, by była ona na wystawie, ale zasłonięta czarnym całunem. Krukowski nie zgodził się na to, mówiąc, że byłaby to przecież cenzura. Identyczna sytuacja miała miejsce w poznańskim Muzeum Narodowym w 2004 r., gdy nie dopuszczono do prezentacji części prac na wystawie monograficznej Zofii Kulik. Artystka chciała, by kontrowersyjne fotografie przedstawiające męskie genitalia kamiennych rzeźb z Ermitażu, przykryć figowymi listkami, usłyszała również: „Ależ, byłaby to cenzura”. Prace Kulik zostały zdjęte, „Piss Christ” Serrana przeniesiono do piwnicy, wiele innych prac nie pokazano – czy rzeczywiście ci, którzy wydawali tego rodzaju polecenia, wierzyli, że jeśli coś jest niewidoczne, to nie jest już cenzurą? Nie piszę tego jednak po to, by atakować dyrektorów galerii. Owszem, oni powinni pamiętać o tym, że ich obowiązkiem jest wspieranie twórców, promowanie sztuki i na tym polega ich misja. Nie mają z nią nic wspólnego takie działania, które na pierwszym miejscu stawiają interes własny (choćby ochronę własnej posady). Ale z drugiej strony, może gdybym była dyrektorką galerii patrzyłabym na sprawy inaczej? Mając przygotowany, przynajmniej z rocznym wyprzedzeniem program wystaw, wiedząc, że mają odbyć się ciekawe prezentacje, festiwale, konkursy i wiedząc, że jedną prezentacją mogę to wszystko zniweczyć, a może nawet doprowadzić do zlikwidowania galerii, co bym zrobiła? Być może również, gdybym postawiła na jednej szali jedną pracę, którą należy poświęcić, a na drugiej całą resztę, którą mam zaplanowaną, a może i nawet całą galerię, też ugięłabym się i wybrała „mniejsze zło”. Być może. Tylko, jakbym później spojrzała sobie w twarz? Ja na szczęście takich wyborów dokonywać nie muszę. Czasem mam nawet wyrzuty sumienia, bo łatwo pisać, wytykając dyrektorom szarganie konstytucyjnej wolności tworzenia oraz dostępu do dóbr kultury, ale być w ich skórze bym nie chciała. Tylko, czy to jest też dobre postawienie sprawy: robienie z dyrektorów publicznych galerii, albo winnych wszystkiemu, albo męczenników walki o sztukę współczesną? I czy, aby te wszystkie naciski, sugestie, że zlikwiduje się galerię, lub odbierze dotację nie są czymś, z czym powinno się walczyć? Czy nie powinno się raczej zaskarżać takich urzędników, którzy próbują korumpować szefów galerii? Mam wrażenie, że głośno wiele osób przyznałoby mi rację, po cichu jednak stwierdziliby, że jest to propozycja zupełnie głupia, jakby zachęta do walki z wiatrakami, a może i do utraty wiarygodności i własnej powagi. Jak można walczyć z tymi, od których zależy moja posada? Ale, jeśli nadużywają własnych kompetencji, to może nie warto już się uginać? Wszak w Polsce bezrobocie topnieje, specjalista i osoba z doświadczeniem pracę na pewno znajdzie, jeśli nie w państwowej instytucji, to choćby w prywatnej galerii. Oczywiście nie wierzę w to, że rynek nas wyzwoli, trudno mi być wobec neoliberalizmu taką optymistką jak Paweł Leszkowicz. Jak mówił nieżyjący już Zbigniew Dłubak: „Zawsze jest jakaś cenzura. Nie taka policyjna, tylko taka ‘kto płaci, ten wymaga’”. Trudno jednak nie zgodzić się z Leszkowiczem, że w obecnej sytuacji w Polsce prywatny obieg sztuki może wpłynąć pozytywnie na obiegu publicznym. Może choćby spowodować dostrzeżenie przez urzędników, że sztuka jest czymś, z czym należy się liczyć, że publiczne galerie są potrzebne ze względów edukacyjny, kulturowotwórczych, turystycznych, prestiżowych, itp. Zaś oceny, co ma być w tych galeriach pokazywane powinny być dokonywane przez specjalistów, a nie urzędników czy postronne osoby mające jakiś wpływ (pamiętam, że kiedyś w Białymstoku, taką wpływową osoba walczącą ze sztuką była... katechetka). Może więc nadszedł czas, by wzmocnić swoje kręgosłupy? Najgorsza wydaje się bezsilność, bierność, zgoda na zastaną sytuację. Tego rodzaju postawę można zarzucić niestety i szefom galerii, i kuratorom, i samym artystom. Wydaje im się, że są sami i niczego nie zdziałają. Ale z drugiej strony, gdy pojawiają się propozycje działań, wspólnej walki, założenia jakiegoś wspólnego frontu walki z pełzającą cenzurą, ze strony jej ofiar następuje coś w rodzaju wycofania. Niektórzy artyści też kalkulują bilans zysków i strat i wychodzi im na to, że lepiej sprawy nie nagłaśniać, bo może na tym ucierpieć własna kariera. Niedawno koleżanka z Indeksu przeszła chwilowe zwątpienie, bo jak walczyć o wolność artystycznej wypowiedzi, skoro artystom nie zależy? Ktoś inny dorzucił, że artyści są sami sobie winni. Ale: stop! Takie myślenie to ślepa uliczka, to znowu kwestia rozdysponowania władzy. Zwykle, ci którzy jej nadużywają doprowadzają do takiej sytuacji, aby ci, którzy są represjonowani nie byli ze sobą solidarni, albo wręcz, aby oni byli nosicielami i wykonawcami władzy. To dobrze znany i opisany mechanizm uwewnętrznienia władzy. Stąd zresztą wzięła się autocenzura. O tych mechanizmach dobrze wiedzą feministki, które znają syndromy „kobiety, największej strażniczki patriarchatu” oraz „zadowolonego niewolnika”. Oby więc artyści nie byli „największymi strażnikami cenzury” oraz „zadowolonymi niewolnikami”! Tu potrzebna jest kwestia świadomości, a nie wzajemnego obrzucania się błotem, wyśmiewania innych artystów, mówienia, że są sobie winni, itp. Co w tej sytuacji należałoby zrobić? Na pewno należy bronić wolności sztuki „pazurami i dziobem”, jak nawołuje Piotr Piotrowski. Ale w jaki sposób? Po pierwsze – nagłaśniać, mówić wprost, że taka pełzająca cenzura jest zamachem na demokrację, na prawa konstytucyjne, wolność tworzenia i dostępu do dóbr kultury. Po drugie – należy wspierać. Bardzo ważna byłaby solidarność, nie tylko tych, których ataki dotykają, ale też wszystkich, którzy mogą stać się potencjalnymi ofiarami cenzury. Może to zabrzmi zbyt górnolotne, ale warto przypomnieć tu znaną wypowiedź Martina Niemöllera z 1942 roku: "Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem. Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem komunistą. Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem socjaldemokratą. Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem związkowcem. Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było." Mimo, że jest to truizm, chodzi przede wszystkim o to, by budować świadomość obywatelską, wzmacniać społeczeństwo obywatelskie. Tu niestety potrzebna jest ciężka i mozolna praca u podstaw. Mogą (i powinni) włączyć się w nią również artyści. Potrzebna jest więc edukacja oraz uświadamianie, że artyści oraz pracownicy publicznych galerii nie mogą się bać i ulegać presji cenzury. Przykładem dobrej praktyki może być to, co działo się przy okazji wystawy „Dzień matki” w Galerii XX1 w 2005 roku. Niepokój przedstawicieli frontu cenzorskiego, głównie prawicowych polityków, spowodowała przede wszystkim praca Moniki Mamzety „Jak dorosnę będę dziewicą”. Dzwonili oni ze skargami do Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki, w którym mieści się galeria. Zarząd województwa mazowieckiego doprowadził do zamknięcia wystawy, choć nie wydano w tej sprawie żadnego oświadczenia. Galerię zamknięto pod pozorem naprawy instalacji elektrycznej. Pod dwóch dniach jednak wystawa została ponownie otwarta. Poskutkowała mobilizacja osób przyjaznych wystawie (wysłano setki e-maili z protestem), a także rozmowy kierownika XX1 z zwierzchnikami galerii, którzy wytrzymali naciski sił politycznych.. Należy też wszędzie podkreślać, że decyzje, co ma być pokazywane w galerii powinny leżeć jedynie w gestiach specjalistów. Domaganie się przecież zdjęcia jakiejś pracy z wystawy jest w gruncie rzeczy podważaniem kompetencji tych, którzy kierują galeriami. W przypadku, gdy pojawiają się wątpliwości, należy domagać się pełnej jawności i przejrzystości odnośnie podejmowanych decyzji. Ci, którym nie podoba się dane dzieło, mogą protestować, a nawet skarżyć artystów, nie wolno jednak dopuszczać do sytuacji, by używali oni swoich wpływów do ukrytego, lub prewencyjnego cenzurowania wystaw. Warto również podjąć pracę edukacyjną ukazującą społeczeństwu, że takie działania są nadużywaniem władzy oraz są całkowicie bezprawne. W działania włączyć powinni się krytycy, ale nie tylko informując o tym, co się stało, ale przede wszystkim dostarczając narzędzi dyskursywnych. Potrzebne są więc analizy, również takie, które prześwietlają funkcjonowanie sztuki w obiegu publicznym oraz jej znaczenie i uwikłanie w struktury władzy. Warto też podejmować współpracę z mediami oraz edukować przedstawicieli mediów, że chodzi tu w gruncie rzeczy o interes publiczny i ochronę praw konstytucyjnych. Media mogą wyświadczyć ogromną przysługę jednej, albo drugiej stronie konfliktu, bardzo silnie wpływają na opinię publiczną, dlatego też należy uczulać ich przedstawicieli, aby nie pisali o danym konflikcie w atmosferze skandalu, ale analizowali daną sytuację właśnie pod kątem prawa do wolności wypowiedzi oraz wolności dostępu do dóbr kultury. Tego rodzaju praca u podstaw to na przykład organizowanie warsztatów, publicznych debat (tego rodzaju debaty organizuje np. poznański Teatr Ósmego Dnia, odbywają się one pod hasłem: „Współdziałanie z władzami publicznymi – edukacja na rzecz aktywnego obywatelstwa”). To również organizowanie akcji edukacyjnych, a także happeningów i akcji ulicznych. Kiedy Zieloni 2004 zorganizowali Zielone Dni Wolności Wypowiedzi, protestując przed sądami w trakcie trwania procesów Doroty Nieznalskiej, zostało to odebrane jako „zbijanie kapitału politycznego” (mówił tak jeden ze znanych artystów). Tymczasem, trudno mówić o zbijaniu jakiegokolwiek kapitału na obronie sztuki współczesnej! W Polsce kapitał zbija się raczej na jej atakowaniu. Ponadto powinno chodzić również o budowanie pozytywnego lobbingu, szerszej grupy wsparcia, nieograniczającej się jedynie do artystów, kuratorów i krytyków. Mało, kto zauważył przy okazji tej akcji, że miała ona pozytywne konsekwencje, zwłaszcza w Gdańsku, gdzie wcześniej w czasie rozpraw Doroty zbierał się jedynie tłum jej przeciwników, opluwając ją i obrzucając wyzwiskami. Po którejś z akcji Zielonych, którzy stali przed sądem z zaklejonymi taśmą ustami, przeciwników było mniej, uciszyli się. Coś zadziałało. „Rzeczywistość da się przesunąć” – jak napisała odnośnie tych wydarzeń Beata Maciejewska, jedna z organizatorek Zielonych Dni Wolności Wypowiedzi. Wydaje mi się jednak, że najskuteczniejsza jest droga sądowa, poprzez którą można wykazać, że niejawne cenzurowanie wystaw jest uderzaniem w prawa konstytucyjne. O skuteczności narzędzi prawnych przekonałam się jako jedna ze współorganizatorek „słynnego” Marszu Równości w Poznaniu 19 listopada 2005 roku w Poznaniu. Prezydent Miasta Lech Grobelny wydał zakaz przemarszu, uzasadniając go kwestią bezpieczeństwa i ewentualną rozróbą ze strony tych, którzy wywołali zamieszki w ubiegłym roku. Zakaz ten został podtrzymany przez Wojewodę Wielkopolskiego Andrzeja Nowakowskiego z takim samym uzasadnieniem, iż może dojść do zniszczeń mienia dużej wartości – witryn sklepowych, kwietników itp. Dla nas jako organizatorów ten zakaz był ewidentnym złamaniem prawa konstytucyjnego, a jego uzasadnienie było jedynie przykrywką do prawdziwych powodów – a więc niezgody prawicy na ten Marsz. Tę decyzję zaskarżyłyśmy do sądu administracyjnego, który w grudniu 2005 roku wydał wyrok orzekający, iż zakaz Marszu był niezgodny z prawem konstytucyjnym. Późniejsze orzeczenia – Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (14.12.05) oraz Trybunału Konstytucyjnego (18.01.06) jednoznacznie przyznały rację organizatorom. Wyrok WSA wykazał, że zakaz Marszu był nielegalny. Logika, zgodnie, z którą prezydent miasta oraz wojewoda tłumaczyli ten zakaz – uniemożliwiłaby bowiem odbywanie niemal wszystkich demonstracji, tylko dlatego, że istnieją grupy, którym może nie podobać się idea tych demonstracji. Prawo do wolności zgromadzeń należy na najważniejszych praw w demokratycznym państwie i powinno być przestrzegane przez organy administracji publicznej. Z kolei Rzecznik Praw Obywatelskich złożył skargę do Trybunału Konstytucyjnego na przepisy prawa o ruchu drogowym, które w gruncie rzeczy koncesjonują konstytucyjną wolność do organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. 18.01.06 Trybunał orzekł, że uzależnianie organizowania zgromadzeń na drogach publicznych od uzyskania zezwolenia na ich przeprowadzenie jest niezgodne z Konstytucją. Wskazuję na tę historię, bo być może podobny sposób działania powinno się przyjąć w przypadku cenzurowania wystaw. Na drodze sądowej należałoby wykazać, że ci, którzy dążą do tej cenzury łamią prawo konstytucyjne. Po tych wyrokach wiele się w Polsce zmieniło, nikt nie wyda już zakazu demonstracji, tylko ze względu na jakieś własne „widzimisię”. W podobny sposób można doprowadzić do zlikwidowania, lub choćby ograniczenia zamachów na wolność sztuki. Oczywiście potrzebne jest do tego wielkie samozaparcie, potrzebni są prawnicy, no i potrzebne jest społeczeństwo obywatelskie, bo przecież, kto miałby tego wszystkiego dokonać, jeśli nie my sami? Tylko, każdy i każda z nas powinien sobie odpowiedzieć na pytanie: czy mu/jej naprawdę na tym zależy, aby cenzury nie było. Bo może niekiedy cenzura jest na rękę artystom? Może jest trampoliną do kariery, gdyż zapewnia rozgłos? Nie wierzę w taką opcję. Wierzę w to, że obrona wolności sztuki jest naszym wspólnym interesem wróć Autor: rocky
Komentarz:
Taki bojkot byłby rządzącym tylko na rękę. Nie odczuliby specjalnie braku sztuki, która jest dla nich kompletnie niezrozumiała. Chm... większość \"zwykłych ludzi\" chyba też by tego nawet nie zauważyła.
Autor: Sobowski
Komentarz:
Droga sądowa tak, ale przede wszystkim solidarność artystów, której oczywiście nie ma, bo nie jest w interesie artystycznych miernot solidaryzowanie się z utalentowanymi kolegami, jest natomiast w interesie usuwanie ich poza mury galerii, a w konsekwencji poza obieg społeczny. Nader spektakularnym i dającym do myślenia posunięciem byłoby opuszczenie galerii przez wszystkich artystów w sytuacji, kiedy jeden z nich jest usuwany z powodów politycznych, obyczajowych, religijnych czy innych.
| Przypadki naruszeń wolności artystycznej zgłoś na Forum Indeksu 73 Zapraszamy do dyskusji! Aktualności Indeks73 ![]() Dołącz do Indeksu 73 na: - Facebook'u - YouTube ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
| O Indeksie 73| Kontakt